Bogumił Pijanowski
Teksty grupy literackiej AKANT i inne nadesłaneO stronieTeksty własne,wiersze i prozaTeksty grupy literackiej AKANT i inne nadesłaneFotografieBlog hyde park







































* * *


 

Posłaniec

(z cyklu „W zwierciadłach pamięci”)

 

   Wiedziała, że nie wytrzyma tego koszmarnego napięcia już ani chwili dłużej. Niech się dzieje co chce, nawet jeżeli to ma być śmierć! – Tak, to jest śmierć – pomyślała, chcąc jednocześnie powstrzymać tę myśl, powstrzymać zaistnienie tego słowa, ale nie zdążyła, bo kiedy rozchyliła się czarna peleryna, wpadła w tę czerń, która i tak zewsząd ją oplatała. Nie widziała przecież nic.

   Myślała, że rzuca się w otchłań, a jednak przylgnęła do czyjegoś ciała i zamarła w bezruchu. Stało się, choć nie wiedziała co, miała dziwnie jasną pewność w tej wszechogarniającej czerni, że coś się w tej chwili dokonało, coś zostało zdecydowane i nagle z krzykiem usiadła na łóżku, dygocąc z przerażenia, którego nie zdążyła pozostawić po tamtej stronie snu.

   Otworzyła szerzej oczy, chcąc przebić się przez ciemność nocy i z wolna upewniając się, że jest po stronie życia, przeszła z lękiem jeszcze raz przez senne koszmary.

   Weszła do kościoła bocznym, tylnym wejściem w prawą nawę. Przedsionek zawsze był ciemny, ale tym razem wywołał w niej jakiś dziwny niepokój. W kościele panował półmrok, choć wiedziała, że na zewnątrz jest słoneczny dzień. Było pusto. Zdecydowanym krokiem szła przed siebie, by jak najszybciej znaleźć się przy głównym ołtarzu. To taki nawyk z dzieciństwa, kiedy siedziała z innymi w długich ławkach w obrębie wielkiego prezbiterium, podczas mszy dla szkół.

   Nagle usłyszała w sobie jakiś niemy głos; wołał ją tam, z tyłu. Nie chciała go usłyszeć, ale rozlegał się w niej i nie mogła go niczym zagłuszyć, choć organy już głośno grały. Rozejrzała się dokoła i zdziwiona zobaczyła, że cały kościół wypełniony jest ludźmi, jak podczas jakiegoś wielkiego święta, a przecież nie słyszała, kiedy wchodzili. – Jak dobrze, nie pójdę, nie usłucham, choć mnie woła, nie zdołam się przecież przedrzeć przez tę ciżbę – wytłumaczyła w sobie przerażenie, którego nawet nie umiałaby sprecyzować. Ale wołanie trwało, nieustępliwe, telepatyczny rozkaz wypełniał ją całą i wiedziała, że to siła, jakaś moc, której nie zna, ale jest  całkowicie jej podporządkowana, bo znalazła się w jej władaniu.

   Nie chcę, boję się, nie pójdę, nie puśćcie mnie – coś rozpaczliwie w niej krzyczało, a jednocześnie, jak lunatyczka, ale w pełni świadoma, rejestrowała, że bezwolnie, wbrew sobie obraca się i przenika te tłumy, które wcale się przed nią nie rozstępują, choć błaga je swoim spojrzeniem. Błaga i prosi, by ktoś ją zatrzymał, by chwycił za rękę i zawrócił, by zastąpił drogę, by przeszkodził, ale nikt niczego nie zauważył, nie odczytywał nic z jej spojrzenia – wszystko działo się bez słów, w absolutnej ciszy, jak w hipnotycznym transie. Nagle uświadomiła sobie, że narasta w niej paniczny, paraliżujący strach, taki sam, jak dawno temu, podczas gry w berka, kiedy zdawała sobie sprawę, że nie ucieknie, że berek ją zaraz dogoni i dotknie; nie mogła znieść tego napięcia i biegła mu naprzeciw, by jak najszybciej odebrać od niego sygnał, że teraz ona goni – jest berkiem. Jaka głupia, idiotyczna gra, a dzieci z taką radością, wrzawą i piskiem nią się fascynują.

   Podjęła nagłą decyzję, że musi ukrócić ten rozsadzający ją lęk i musi temu głosowi wyjść naprzeciw. Nie wiedziała, jak zdoła przedostać się przez te tłumy, a jednak nie ocierała się o nikogo, przenikała je w dosłownym znaczeniu, jakby była astralnym ciałem. Nie wiedziała, kiedy znalazła się w całkowitym mroku przedsionka, choć nie otwierała przecież drzwi. Bardziej wiedziała niż zobaczyła, że On stoi, nie wiedziała kto, wiedziała jednak, że postać, wysoka postać mężczyzny ze schyloną głową. Nie widziała nic. Wokół czerń i nagle ta rozchylająca się czarna peleryna, a pod nią też tylko czerń i do tej czerni przylgnęła w oszalałym lęku, by ten losowy „berek” naznaczył ją swoim dotykiem.

   Czarna postać bez twarzy wkroczyła jak cień w jej życie, a jednak to Miłość, na którą tak długo i tak bardzo czekała, przyszła nagle, niespodziewanie szybko, z siwym włosem i najpiękniejszym obliczem.

   Więc to nie to i nie tak, jak sobie wmawiała, to nie była śmierć, nie tak mam sobie tłumaczyć ten sen – szukała symboliki, znaków i proroczych przepowiedni.

    Miłość przybrała postać wspaniałego mężczyzny, który przez lata trwał przy niej z pełnym oddaniem i uwielbieniem.

    - Nie chcę, żebyś mnie uwielbiał, chcę, żebyś mnie kochał – dopominała się przez lata. Czas płynął, a niezmiennie słyszała jedno:

   - Nie mogę kłamać, że kocham; ja cię uwielbiam..

   Dotkliwie brakowało jej ekspresji słowa.

   - Uwielbienie zanieś do kościoła przed święte obrazy na ołtarzach, a ja chcę, byś mnie kochał – wykrzykiwała coraz częściej rozdrażniona.

   Nie doczekała nigdy szeptu tych słów, owiewających szyję dreszczem rozkoszy, nie słyszała ich twarzą w twarz, utopionych w głębi rozmiłowanego spojrzenia, nie usłyszała ich w szeleście zdejmowanej bielizny, nie słyszała ich w dotykach dłoni, gdy silnik auta zagłuszał wspólnie pokonywane kilometry, nie usłyszała ich nigdy, bo nie mieściły się w słowniku, gdzie królowało uwielbienie.

   Brak słowa „kocham” wypełniał ją chłodem i pustką i czuła, że coś w niej obumiera. Wszystko było niby tak samo, a jednak inaczej, więc nie chciała i nawet nie potrafiła zrozumieć tej werbalnej konsekwencji przez wszystkie ich wspólne lata.

   Czarna postać zjawiła się znów po jakimś czasie, ale tym razem w pełnym słońcu.

   Wiedziałam, że stoi tam, wysoko i znów mnie woła – wspominała sen, ale już bez lęku. Szła szerokimi schodami w górę po zboczu, na którym jako dziecko zjeżdżała na sankach. Ciężko było je ciągnąć, szczególnie, gdy śnieg był twardy, a dzieci całą gromadą prześcigały się i przepychały w biegu pod górkę.

   Znów słyszała w sobie jego głos, ten przyzywający zew, choć tym razem nie przestraszał niewiadomym. Może to oślepiające słońce czyniło go przeźroczystym i niewidocznym, ale wiedziała, że stoi tam, na samej górze, u szczytu schodów, a ona szła, pięła się, pokonywała stopnie, a jednak nic z nich nie ubywało. Niby było ich już wiele za nią, niby tak wiele przebyła, ale  te przed nią, jakby nie miały końca, ale szła; zmęczona, ale radosna szła coraz wyżej, z pełną wiarą i nadzieją, że to jego przywoływanie, tak jak i wtedy, stanie się jej mocą, bo temu wezwaniu tym razem nawet nie chciała się sprzeciwiać. W pełnym blasku słońca miała pewność, że On, stojąc na szczycie, uśmiecha się i z tym uśmiechem na nią czeka, więc dalej radośnie szła, podejmując wysiłek od nowa.

    Kto to jest? – zastanawiała się po przebudzeniu. – Miłość, czy Śmierć? – i nie znajdowała odpowiedzi, aż do chwili, gdy prawdziwa śmierć zabrała jej Miłość.

    Rozdzierający ból rozdzwonił się w niej modlitwą i prośbą o znaki, o rozmowę, której zawsze za mało, o słowa, których zawsze brak, o bliskość, której nie można dotknąć. A może to dwustronne lustrzane odbicia rzeczywiste, a nieistniejące?

    Szła więc po tych niekończących się schodach – myślała – wspinałam się, by prośbami, zaklęciami i modlitwą zbliżyć się do tego trudnego i niezrozumiałego Uwielbienia, które kryło w sobie wszystkie odcienie słowa „kocham” – teraz dopiero zaczynała rozumieć. – Uwielbiam cię, moja Miłości – wykrzykiwała w każdą pustkę, która oblepiała i pochłaniała ją każdego dnia.

   I znów biegły lata w bezkresie osamotnienia, a jednak wypełniona tym aksamitnie niesłyszalnym, wewnętrznym głosem, który odpowiadał na każde jej zapytanie, który odzywał się stale znakami i przerzucał czytelne pomosty między tu i tam, uwierzyła, że jest nadal uwielbiana w jakiś transcendentny sposób i że ich miłość nadal prawdziwie żyje.

   Muszę kiedyś spisać to wszystko, co mi się przydarzyło – obiecała sobie kolejny raz, bo wiedziała, że wtedy, w tym powtórnym odtwarzaniu znaków, znów odczyta, zobaczy, usłyszy i zrozumie coś więcej.

    Zrozumiała nagle! Wszystko przychodzi, jak olśnienie, jak błysk światła w mroku ograniczeń. – Tak, ten film, to też kolejne słowo – odpowiedź na moją kolejną prośbę – zachłystywała się radością, że ten pozawerbalny dialog trwa miedzy nimi nieustannie. – Odezwij się do mnie Miłości moja, moje Uwielbienie – powtarzała przez lata, mając uczucie, że w takich chwilach klęczy u jej stóp, i teraz nagle ten niespodziewany film i ta piękna męska śmierć, która chce poznać przyczynę i powód niezrozumiałego przywiązania ludzi do życia – wiem, to właśnie twój głos w naszej milczącej rozmowie.

   Pamiętam momenty, gdy byłam gotowa i bez lęku przejść z moją Miłością ten nieznany próg, bo są chwile, w których wydaje się, że życie nie może i nie umie już pomieścić ogromu uczucia, a wówczas woła i przyzywa bezkresna przestrzeń wieczności – przypominała sobie i zatapiała się w obecną ciasną pustkę samotnych chwil, a On przychodził wtedy zawsze z czytelnym znakiem, jakby ją nim dotykał, by wiedziała, by czuła, że zawsze jest przy niej, że nigdy nie jest osamotniona.

   Śmierć w filmie uczłowieczyła się na tyle, że poznała i zrozumiała miłość, radość, troski, ból, zadowolenie, rozkosz bliskości ciał i nawet smak łez. Śmierć w filmie odeszła schodami w górę, potem zeszła w dół, a powrotnie tymi schodami wróciła miłość.

   - Zrozumiałam, wszystko mi powiedziałeś, Uwielbiany – wykrzyknęła, jak zawsze zaskoczona prostotą przekazu. Posłaniec! Tak, to nie przypadek, że właśnie Posłaniec jest posłany przez ciebie, to ty, moja Miłości, dałeś mi go, by przyniósł mi twoją miłość. Tak, i znów rozgorzała we mnie – przypomniała sobie wszystkie kolejne zdarzenia, od pierwszego podania dłoni na przywitanie. Przypomniała sobie pierwsze znamienne słowa, jakie od niego usłyszała: jeszcze nie wiem, dlaczego, ale kiedyś się dowiem…

    Tyle się kolejno działo, aż do pierwszego spontanicznego „kocham”, które wykrzyczała, a potem ten krzyk, niespodziewanie dla niej samej, popłynął poezją. Spoglądała na kolejne dni, jak na przesuwający się po ekranie dokumentalny film pamięci. I nagle ten ogromny wstrząs, który przeżyła, kiedy schodząc bardzo wąskimi schodami dojrzała Go. Była tak bardzo zaskoczona, że aż musiała oprzeć się o ścianę, czując, jak uciekają z niej siły.

    Siedział sam w pustej, bocznej nawie kościoła ze snu. Siedział i wbijał w nią wzrok. Wiedziała, że to On – czarna postać z kościelnej kruchty rozjaśniona późniejszym uśmiechem z wysokości tamtych schodów. Teraz siedział, intensywnie wpatrywał się w nią, a  po chwili opuścił głowę.

    Dziwne – pomyślała – dlaczego opuścił głowę, dlaczego zdjął ze mnie to swoje świetliste spojrzenie? – i wtedy usłyszała, jak telepatycznie ją przywołuje.

    Przez chwilę przypomniała sobie tamto przerażenie ze snu i nogi odmówiły jej posłuszeństwa. W głębi nawy znikały ostatnie postacie wychodzących. Wahała się jeszcze chwilę, a potem poczuła, że musi usłuchać tego głosu i opanowując irracjonalny w tej chwili lęk, podeszła, uśmiechając się, jakby stanowiło to pomost między tym lekiem a pragnieniem, niedowierzaniem a pewnością.

   Podniósł się i poczuła, że rozrasta się i góruje nad nią sylwetka tamtej postaci w czerni. – Jest piękny, jak wtedy, bo nawet w tamtym mroku to wyczuwała – uświadomiła sobie w chwili, gdy delikatnie ujął ją pod rękę, by skierować ku wyjściu.

   Czy szeroko pojęta sztuka, to właśnie te schody ze snu? – zastanawiała się częstokroć i czuła, że Posłaniec został jej posłany, by na jego wezwanie przebijała się słowem przez smutki i osamotnienie. Na filmie powrócono życiu miłość nie rozumiała nic, bo nie dana jej była pamięć żadnych minionych zdarzeń – zachwyciła się nagłym zrozumieniem przekazu w niemej rozmowie.

   Wiem, jestem pewna – powtarzała sobie wielokrotnie. – Posłaniec jest nowym, pięknym obliczem Miłości i choć prawie bez przerwy prowadzę z nim w myślach długie rozmowy, to wiem, że te tajemne treści pozostaną dla niego na zawsze niepojęte i nieprzeniknione. Posłaniec jest przecież dla mnie tak samo nieosiągalny i niedotykalny, jak teraz tamta moja Miłość -  utwierdzała się w dotkliwie piekącym przekonaniu.

    - Nigdy nie dotknę już mojej Miłości, nigdy jej sobie nie przypomnę ciałem, poza tamtym pozostawionym śladem ciepła, usłużnego dotyku męskiej dłoni, poza tamtym zapamiętanym, wnikającym do wewnątrz, świdrującym spojrzeniem gorących oczu – pogrążała się każdorazowo w bolesnych wspomnieniach. – Teraz czarna postać Posłańca staje przede mną, choć już bez peleryny i nawet ukryta samotnie w mroku pustej, małej uliczki, pozwala się dotykać słowami, wielością słów, które falują, lewitują, fruwają, przemierzają przestrzenie jawy i snu i gubią się w lustrzanych odbiciach nierealnej rzeczywistości.

    Czuję, że Czarny Posłaniec przywoła mnie kiedyś i poprowadzi… - zatrzymała w sobie to zamyślenie, ale już bez tamtego leku z młodzieńczego snu, bo umiała nawet odnaleźć w sobie tamten zapamiętany uśmiech.

 

                                                                                                                 EWA KARAŚKIEWICZ

Opowiadanie zdobyło wyróżnienie w 2008 r. w Warszawie na XXV Ogólnopolskim Konkursie Literackim zorganizowanym przez Departament Wychowania i Promocji Obronności MON.

 

 

*      *      *      *      *

Ewa Karaśkiewicz

 

 

H E J !

 

             /  z  cyklu   „ W  zwierciadłach  pamięci ” /

 

Czas uciekał. Coraz niecierpliwiej spoglądała na zegarek.

 Była już i tak spóźniona, a autobus uparcie nie nadjeżdżał.

- Przecież nie pofrunę – usprawiedliwiała przed sobą własną opieszałość.

- Wiem, że to moja wina, bo zawsze źle wyliczę czas i nagle wszystkie zaplanowane sprawy zazębiają się – karciła się w myślach i najchętniej sama sobie wymierzyłaby jakąś karę.

Rozśmieszyły ją obrazy, jakie poduswała wyobraźnia i dopiero wtedy zdała sobie sprawę, jak bardzo była napięta.

- Czasu nie przyśpieszę, a przynajmniej mogę popatrzeć na ludzi.

- Taka obserwacja na przystankach bywa interesująca – usiłowała znaleźć nowe antidotum na nasilający się stan rozdrażnienia.

- Hej! – jakiś młody człowiek rzucił pogodnie w stronę mijanej dziewczyny i nie zatrzymując się, sprężystym krokiem poszedł dalej.

- Hej! – odpowiedziała mu z pewną melancholią i przez chwilę patrzyła za oddalającym się, jakby w nadziei, że zawróci, a potem zrezygnowana opuściła głowę i bezmyślnie potrącała czubkiem pantofla jakiś leżący kamyk.

- Skąd ja to znam? –pulsowało w głowie, jak żółte światło na skrzyżowaniu.

Ponownie spojrzała na zegarek i znów zaczęła nerwowy spacer w miejscu.  

- Hej, hej – odbijało się echem w rozdrażnionym umyśle.

- Czemu ten cholerny autobus aż tak się opóźnia? Niby to tylko minuty, a jakie w tej chwili cenne.

- Hej, hej – powtarzała bezmyślnie, jakby to mogło skrócić czas oczekiwania.

- Hej, hej – zmieniała w myślach barwę i tonację tego krótkiego zawołania, jakby w tej słownej etiudzie mogła odnaleźć jakieś ukryte treści.

- Hej, hej – bawiła się słowem, różnorodnie je rytmizując w improwizowanej melodyjce i nagle... wyłoniło się, jak z gęstej mgły,

miękkie: ” Hej ! ” wypowiedziane stłumionym, niskim męskim głosem.

Uśmiechnęła się i nawet nie uniosła głowy znad poduszki. Miała pewność, że plastycznie stapia się z aurą przygaszonego w pokoju światła.

- Hej! – odszepnęła tylko, czując, że ogarnia ją jakieś nieprzewidziane rozdygotanie, a tak chciała zachować chłodny spokój.

            Zatrzymał się w pewnej odległości i rozjasnił twarz szerokim, szczerym uśmiechem olśniewająco białych zębów.

            Patrzyła mu w oczy bez prowokacji, a on, nie gasząc uśmiechu, zrzucił zręcznie ubranie i całkowicie nagi podszedł do niej. Jednym ruchem odrzucił kołdrę i położył się na niej całym ciężarem pięknie umięśnionego ciała. Intensywnie pachniał świeżością.

            Narastała w niej czujność i oczekiwanie. Gotowa była przyjąć tę grę, bo przecież już dawno wyraziła na nią zgodę, choć nie pamiętała teraz, jak to się stało, że znaleźli się na parkiecie. 

Objął ją obiema rękami w talii i po kilku rozkołysaniach szepnął, nachylając się do jej ucha.

- Pragnę się z tobą kochać, ale nie wiem, jak to zrobić. Już od dawna chciałem ci to powiedzieć.

            Gwałtownie zawirowało jej w głowie.

Pierwszy raz usłyszała tak prosto wypowiedziane nieproste słowa. Poczuła przypływ jakiejś szczególnej do niego sympatii.

- Czyżby myślał tak samo jak ja – wmawiała sobie duchowe z nim pokrewieństwo.

- Umiałabym powiedzieć to samo, ale od dawna nie budzą się we mnie takie pragnienia - zastanawiała się, dlaczego jej ciało już tak długo jest uśpione.

- Chce się ze mną kochać ; ładnie to powiedział – jakieś zapomniane gorąco niespodziewanie wypełniło ją od wewnątrz.

Dłuższą chwilę patrzyła mu w oczy i w końcu zdecydowała.

- Po prostu zadzwoń – powiedziała lekko, by zrozumiał, że jego słowa odebrała w kategoriach żartu.

Zadzwonił.        Po długim czasie.

Leżała już w łóżku gotowa do snu, kiedy zaterkotał telefon.

- To ja. Chciałbym dziś przyjść do ciebie.

Ogarnęła ją krótka panika, ale jego słowa, te pierwsze i te teraz, nagle obudziły w niej chęć poznania zdarzeń niespodziewanych, żywiołowych i właśnie z nim.

-  Jak to będzie i jak to się dokona – zapytywała siebie z ciekawością młodej dziewczyny.

- Zostawię otwarte drzwi – odpowiedziała spokojnie, z trudem opanowując drżenie głosu.

Wiedziała, że w tym momencie zdecydowała się podnieść rzuconą wcześniej rękawicę.

- Wezmę udział w tej rozpoczętej już grze – upewniła się półgłosem, by usłyszeć własną myśl, ale teraz ta bezsłowna cisza kazała jej, jakby z przekorą, zachować pełną bierność wobec jego aktywności.

- Niech dokonuje wysiłku obudzenia mego ciała, mnie całej, bo nic jeszcze nie zdołałam odczuć – w ciszy zawsze stawała się martwa, nieobecna i w końcu rozdrażniona.

- Czy ty w ogóle wiesz, gdzie i z kim jesteś – rozpoczęła słowny monolog zamknięty w jej umyśle, bo tylko w tym miejscu istniała teraz realnie. Stała się maleńkim zalążkiem życia w świecie swoich myśli, a cała reszta utraciła sens. Niczego nie odczuwała, więc niczego nie było.

Ponownie stanął przed nią całkowicie ubrany, uśmiechnął się rzędem zachwycająco białych zębów, rzucił radosne: ” Hej !” i cicho zamknął za sobą drzwi.

            Wsłuchiwała się dłuższą chwilę w otaczającą ją ciszę, jakby chciała z tej specyficznej aury, wyłowić jakąś małą cząstkę czegoś istotnego, a odczuwała tylkowewnętrzne zdziwienie, które formowało się w kolejne pytania.

- Czyżbym się teraz przebudziła? Czy coś mi się tylko śniło? Czy faktycznie jakieś zdarzenie miało tu miejsce?

            Dlaczego istnieją fakty umieszczone w jakimś granicznym paśmie w międzysferze ducha i ciała, nie dają się określić, umykają klasyfikacjom i nagle traci się pewność, czy to, co zarejestrowała pamięć, było faktem, czy tylko tworem wyobraźni. Czystą fikcją.

            Poprawiła poduszkę pod głową i wpatrując się w sufit, drążyła uparcie bezsensowny temat.

- Czy to sen, czy to jawa? – zapytywała samą siebie jeszcze kilkakrotnie, bo ciało nie zarejestrowało żadnego znaku bliskości z drugim człowiekiem.

- Nawet nie drżę – przez dłuższą chwilę wsłuchiwała się we własne reakcje.

- Nawet nie czuję się spełniona. Nie czuję też żadnej zachłanności. Nie ma we mnie ponownego pragnienia – upewniała się zdziwiona.

- Nie pamiętam żadnych pieszczot. Żaden dotyk nie pozostawił magnetycznego śladu na moim ciele.

- Co to właściwie było? – szukała odpowiedzi z coraz większym gniewem.

- Jak śmiał te ładne, odważne słowa zamienić w tak niepoetyczny czyn? – była gotowa krzyczeć ze złości.

- Rozpocząłeś grę, a więc chcesz się bawić – zawiązywała kolejny supełek na tasiemce odwetu, który już uformowany wyłonił się z jej umysłu.

- Dobrze, pobawimy się. Zabawimy się w berka! – rzuciła w mrok za oknem.

- Teraz ja cię dogonię!

Poczuła wreszcie wewnętrzne wyciszenie i zapadła w głęboki sen.

                        Minął czas.       Długi czas!

            Późnym wieczorem wykręciła numer jego telefonu. Już zasypiał.

- To ja. Chcę dziś przyjść do ciebie – powiedziała lekko, tłumiąc niespodziewane zdenerwowanie.

- Zostawię otwarte drzwi – wyczuła w jego głosie nieukrywane zadowolenie.

            Znalazła się w półmroku niedużego pokoju.

Światło latarni rzucało chłodną poświatę, w której zastygła na chwilę, by oswoić się z miejscem i własną determinacją.

- Hej! – rzuciła w tę ciszę, jak echo tamtego głosu.

- Hej! – usłyszała odpowiedź, jak wierne powtórzenie tamtej sytuacji, tyle że w odwróceniu.

            Bez pośpiechu i w zupełnym spokoju zdejmowała z siebie kolejne szmatki, mając pewność, że pięknie rysuje się jej naga sylwetka w ramie rozjaśnionego okna.

            W mroku zdołała już odnaleźć jego błyszczące oczy i tak bez słowa, jak wtedy, dotykali się tylko wzajemnym spojrzeniem, pilnie strzegąc, by nie zdradzić tajemnicy własnych myśli i własnego odczuwania.

            Uniosła kołdrę i całą sobą przylgnęła do jego nagiego, sprężystego ciała.

            Tym razem niczemu już się nie dziwiła i niczego nowego nie oczekiwała. Wiedzała, że cisza otuli ich milczące kochanie.

Potem prawie bezszelestnie włożyła swoje powiewne okrycia i cicho zamykając za sobą drzwi, rzuciła bezbarwne: ”Hej! ”.

- A jednak coś przeżyłam – zatopiona w sobie przemierzała nieśpiesznie drogę do swojego pokoju.

- Przeżyłam wielkie, gigantyczne zadziwienie, że można wzajemnie w sobie nie pozostawić żadnego śladu po chwilach, które tak pięknie nazywa się kochaniem.

                        To przecież nawet nie był seks!

- Jak może coś się dziać i nie dziać jednocześnie?

- Przecież to oczywisty nonsens – czuła, jak wzbiera w niej rozdrażnienie.

” Hej ! ” – czy to w ogóle jest jakieś słowo? Czy to tylko zlepek trzech głosek rzucanych jak szyfr do tajemniczego sezamu zdarzeń.

- Kocham słowa niosące treść. Kocham ich ukryte sensy. Kocham ich prawdę i ich grę.

” Kłam, ale mów ” – dopominała się niejednokrotnie.

            Taka metafizyczna miłość słowa, którą czuła chyba od zawsze.

- Nie, nie dam się omotać temu natrętnemu zawołaniu, które znów, z jakąś motoryczną siłą, rozkołatało się w moim umyśle.

- Muszę koniecznie zacząć myśleć o czymś innym – ponaglała siebie, nie mogąc znaleźć zastępczego tematu, a autobus nadal nie nadjeżdżał.

- Wpadłam w jakąś matnię nieumyślnych wspomnień i okłamuję się, że czas szybciej zleci.

- No, nareszcie! – wycedziła ze złością, przyglądając się wysiadającym z autobusu i nagle... usłyszała tuż za sobą znajome, ciepłe: - Hej!

Jak delikatne chuchnięcie przeleciało mrowiem po plecach aż do samych stóp.

Odwróciła się zbyt gwałtownie.

Stał spokojny i poważny, ale wyczuwała w nim głębokie napięcie. Nie rozchylił ust w uśmiechu. Nie zajaśniał blaskiem białych zębów. Czekał.

Ta chwila, to był moment i cała wieczność równocześnie.

Przewaliła się przez nią burza zmiennych decyzji i huragan odmiennych pragnień. Niespodziewanie, zaskakując samą siebie, odrzuciła beztroskie: - Hej ! – i to był ostatni błysk jej siły.

            Drzwi autobusu zatrzasnęły się i stała tak znów, w obramowaniu okna, tym razem po drugiej stronie dzielącej ich szyby. Nie patrzyła, ale czuła, jak goni ją intensywne spojrzenie jego gorących oczu.

- Za krótkie, za ubogie, zbyt mało pojemne słowo, by można nim coś wzajemnie sobie powiedzieć – z satysfakcją wyrecytowała własne myśli, choć żałowała, że nie mogła mu rzucić ich jak pouczenia.

- Zresztą, niech tkwi w tej swojej ciszy i nierozumieniu.

- Meżczyzna nigdy nie dotknie kobiecej duszy, koncetrując się tylko na dotykaniu jej ciała – ukontentowała siebie górnolotnym sformułowaniem.

- ” Hej ! ” – rzuciła myślą przed siebie w nieokreślonym kierunku i dziwnie lekka wysiadła na zaplanowanym przystanku.

 

                                                                          Ewa  Karaśkiewicz

 

Łódź.  Lato  2001 r.


 

 

 

Dodaj komentarz Pokaż komentarze     komentarzy: 5


****

                          Ewa  Karaśkiewicz

Pamiętajmy o aktorach!

Drugi już rok uczęszczam na Uniwersytet Trzeciego Wieku i w ramach sekcji filmowej wyświetlono nam film „Warszawska Syrena”. Uroczy jak bajka, z wieloma mądrymi sentencjami i z całą plejadą świetnych aktorów. Rolę Sawy grała w nim Barbara Połomska – piękna młoda aktorka tuż po Wyższej Szkole Teatralnej w Krakowie. Ponoć w tamtym czasie uchodziła za prawdziwą piękność, co film całkowicie potwierdza.

Reżyserem filmu był młody wówczas Tadeusz Makarczyński, który tworzył go pod opieką doświadczonego Jana Rybkowskiego Premiera miała miejsce 20 lipca 1956 roku.

Byłam więc już dużą dziewczynką, gdy oglądałam „Warszawską Syrenę” w kinie Awangarda w Olsztynie, a jednak z tego filmu zapamiętałam tylko złą twarz Hanny Skarżanki i złe oczy czarnego kota. Nawet nie zapamiętałam ani tytułu ani treści filmu i przykro mi, że Hanna Skarżanka już na zawsze pozostała twarzą mego filmowo zastraszonego dzieciństwa.

Po zakończeniu obecnej prezentacji „Warszawskiej Syreny” okazało się, że wykładowca, pan Michał Wieczorek, przygotował dla nas dużą niespodziankę. Z pierwszego rzędu podniosła się elegancka pani o nadzwyczaj ujmującej aparycji i była to....zaproszona filmowa Sawa - pani Barbara Połomska.

            Przywitaliśmy ją gorącymi oklaskami. Pani Barbara z dużą skromnością przyjęła naszą owację i do końca rozmowy kryła się za cichym stwierdzeniem, że to przecież było prawie sześćdziesiąt lat temu.

Faktycznie młody i przystojny Igor Śmiałowski jako Warsz, Hanna  Zembrzuska jako Syrena, Wiesław Michnikowski w roli narzeczonego zamienionego w konia i ta niedobra wiedźmo-macocha - Hanka Skarżanka i wszyscy inni, z których wielu już nie żyje.

            Pani Barbara wspominała z nostalgią tamten zdjęciowy czas, serdeczne stosunki koleżeńskie łączące całą ekipę, a pan Michał Wieczorek podpowiadał tematy, by bardziej prowokować dawną, uroczą Sawę do obecnych zwierzeń, wszak faktycznie było czym się chwalić. Ale pani Basia w żaden sposób nie prezentowała pewności siebie obecnych celebrytek, tylko skromność osoby, która woli, by za nią mówiły jej dokonania, a nie przechwałki. Wprawdzie nie szczędziła nam informacji o sobie, ale była to zawsze skromna kontynuacja rzuconego tematu.

            Ukończyła Wyższą Szkołę Teatralną w Krakowie. Już w czasie studiów studenci byli wielokrotnie wykorzystywani w filmach. W jakimś momencie pani Barbara dostała propozycję od pani dyrektor teatru Powszechnego w Łodzi, ale podziękowała informując, że jest dopiero po drugim roku: „no więc zgłoś się do mnie, jak skończysz studia”- usłyszała. Pani Barbara rzeczywiście skorzystała z tej okazji, ponieważ uświadomiła sobie, że do filmowego studia w Łodzi bliżej będzie z Powszechnego niż z Krakowa.

Faktycznie pani Barbara ma za sobą wiele, bo kilkadziesiąt ról w kolejnych polskich filmach – to ogromny dorobek. Była pierwszą polską artystką po 2giej wojnie światowej, która zagrała w filmie zagranicznym, była też pierwszą, która wyjechała na Światowy Festiwal Filmowy, który odbywał się w Mar Del Plata, dokąd po wylądowaniu w Buenos Aires cała ekipa jechała pociągiem jeszcze czterysta kilometrów.

            Cudowna, atrakcyjna podróż z naszego wówczas ciasnego świata na antypody. Zagraniczna podróż artystyczna. To dla młodej aktorki musiało być wielkim wydarzeniem i przeżyciem.

            Piękna, utalentowana Polka – nic dziwnego, że była zauważona!  

Na tym spotkaniu zaprezentowano nam jeszcze wiele zdjęć pani Barbary począwszy od, typowego dla tamtych czasów, zdjęcia maleńkiego golaska ułożonego brzuszkiem na kocyku, z uroczo zadartą główką, przez kolejne etapy jej życia aż do filmowych fotosów.

            Pani Barbara twierdzi, że posiada bardzo wiele swoich zdjęć, jako że przywiązywała do nich dużą wagę, a teraz są one źródłem sentymentalnych podróży wstecz.

Spora grupka pań okrążyła panią Barbarę, by móc z nią jeszcze porozmawiać i by zaspokoić ciekawość, jak też z bliska wygląda artystka, która po sześćdziesięciu latach jakoś nadal bardzo stapia się z tą filmową Sawą, gnającą rączo z dużym impetem i gibkością wśród drzew i chaszczy do pustelnika żyjącego gdzieś bardzo na uboczu.

Faktycznie, piękna kobieta, pełna gracji w ruchach, zachowała lekkość i elegancję i....chciałabym tak jeszcze wiele przymiotników dopisać, bo faktycznie zadziwia swoim wiekiem. W obecnej dobie doprawdy wiek przestaje być miernikiem wyglądu kobiety.

Pani Barbara z dużą dozą dowcipu zastrzegła: „ale ja nie mam tak długiego nosa jak na tym filmie, a przecież nigdy nie robiłam żadnych operacji plastycznych, ani żadna z na w tych ludowych kostiumach nie była tak tęga, jak to było widoczne na ekranie”.

           Też zwróciłam na to uwagę i właściwie my wszyscy. A pan Michał tłumaczył, że z wielkim trudem udało mu się zdobyć najlepszą kopię tego filmu i z najlepszym dźwiękiem. Zapewne jest to efekt zróżnicowanych nośników technicznych, ale ja i tak na tym się nie znam.

Pani Barbara ma na swoim koncie wiele ról filmowych, ale też do końca swej scenicznej pracy wierna była łódzkiemu teatrowi Powszechnemu.

Miesiąc temu na zawsze pożegnała swego małżonka i w tym czasie musiała odmówić proponowany jej udział w nowej premierze macierzystego teatru. Jej witalność, pogoda ducha i otwartość na ludzi zapewne jeszcze zaowocują jakimiś propozycjami zawodowymi.

Na kanale Kultura obejrzałam kolejny już raz film „Pora umierać” z wielką Danutą Szaflarską. Należy sądzić, że scena, aktorstwo, konieczność ćwiczenia pamięci przez przyswajanie sobie ogromu materiałów tekstowych utrzymuje aktorki w cudownej kondycji.

Tak mi się pomyślało, że ze sławą w aktorstwie jest jak wśród gwiazd na niebie

i może dlatego właśnie używamy tego określenia dla niepospolitych osobowości artystycznych, bo są jak te gwiazdy, które świecą pełnym blaskiem i wyjątkowo długo, wręcz przez całe pokolenia, ale są też gwiazdy, których światło przygasa, gdy zmienia się układ konstelacji. Czy to znaczy, że one giną?

Wprawdzie ta obecna projekcja odbywała się w Łodzi i w ramach łódzkiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku, ale przecież film „Warszawska Syrena” był wyświetlany na pewno we wszystkich kinach całego naszego kraju i zapewne obejrzały go kolejne pokolenia, myślę więc, że film sprawił, iż panią Barbarę Połomską znała kiedyś cała Polska.

Mamy w swej narodowej spuściźnie wielkie nazwiska poczynając od Modrzejewskiej przez całą plejadę kolejnych Gwiazd sceny i filmu, nie dajmy im zginąć w mroku zapomnienia.

Ewa  Karaśkiewicz

Łódź  23.03.2014r.

 

 

 

 

***************                                                                                                                     

                                                                            Ewa  Karaśkiewicz     

                                                                          Po prostu   LUDZIE !

            Zastanawiam się czasami, kto ja jestem, czy jeszcze olsztynianka, czy już łodzianka, a co z tymi pośrednimi miejscami pobytu? A może człowiek pozostaje związany nazwą z konkretnym miastem, a nie czuje do niego sentymentu, tylko ten zapis w dokumentach nadaje mu przydomek, a może jednak tkwi podświadomie i na zawsze w tym pierwszym miejscu, gdzie rodziła się jego pamięć pierwszych zdarzeń? A może bez wiedzy, albo wręcz świadomie zakorzenia się nagle w jakimś miejscu, którego wcześniej by nie przewidział? Takie myśli snuły mi się dziś leniwie podczas uroczystości pogrzebowych profesora Jerzego Woźniaka. Dla mnie był to tylko mąż mojej scenicznej koleżanki Dobrosławy Gutek, która tańczyła na deskach Opery Śląskiej zaraz po skończeniu tamtejszej Szkole Baletowej i dla nas wszystkich była od zawsze serdeczną Gucią, potem zniknęła i znów po czasie spotkałyśmy się w swoich własnych scenicznych rolach w Teatrze Wielkim w Łodzi.

            Dzisiejsza uroczystość uświadomiła mi dopiero, kogo tak naprawdę znałam, choć w sposób bardzo luźny i okazjonalny. Mszę św. odprawiał były arcybiskup metropolita łódzki Władysław Ziółek w asyście aż dziewięciu księży, w tym duszpasterza Środowisk Twórczych księdza Waldemara Sondki. Płynęły słowa z różnych instancji kościelnych i państwowych, bo od obecnego metropolity, które je przesłał aż z Rzymu, gdzie chwilowo przebywa, do przedstawiciela Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego poprzez rektoraty wyższych uczelni i władz samorządowych z panią Prezydent miasta Łodzi na czele – wszyscy podkreślali zasługi Zmarłego na różnych polach Jego aktywności w Wyższej Szkole Filmowej, Teatralnej i Telewizyjnej jako wspaniałego pedagoga i wychowawcę nowych kadr operatorskich, przez Jego osobiste działania filmowe, projekty telewizyjne i wiele jeszcze innych znaczących inicjatyw. Z dużym naciskiem wyeksponowano Jego osobisty kult do św. Faustyny, patronki miasta Łodzi i żal, że nie zdążył zrealizować zamierzonego filmu o Niej.

            A słów tych słuchali wszyscy, wypełniający po brzegi duży kościół św. Teresy.

            Śpiew jest sztuką dobitnie demonstrującej się ekspresji i dlatego prawie zawsze jest obecny w takich uroczystościach. Śpiewała pięknie moja operowa koleżanka Danuta Wójcik i kiedy w ostatniej frazie Ave Maria pofrunęła po dźwiękach w wysoki rejestr, zamierając w milknącym piano, pianissimo, miałam wrażenie, że jakieś duchy zjawiły się na spotkanie ze Zmarłym, by Jego duszę otuloną  tymi anielskimi dźwiękami unieść w przestworza dla nas jeszcze nieosiągalne. Tak, w tym momencie miałam wrażenie, że niebo rozwarło się nad nami i zamarłam. Zamarłam i coś przeniosło mnie właśnie do mojego Olsztyna.

            Kilka lat temu zmarł mój szwagier. Oczywiście pojechałam na pogrzeb, by złożyć zmarłemu ostatni hołd i stanąć przy mojej Siostrze, by czuła, że w tych chwilach życiowej próby nie jest osamotniona. Po mszy św. pojechaliśmy na cmentarz i kiedy staliśmy przy kolumbarium, zupełnie bezwiednie dojrzałam długi łańcuch idących ludzi – jakby milcząca procesja, która nie chciała się skończyć. Oniemiałam! Przecież to tylko mój szwagier, mąż mojej siostry, ojciec dwójki dorosłych dzieci i dziadek bliźniaczek; więc niby skąd te tłumy? Ktoś zapytał, czy może zabrać głos i ku mojemu zaskoczeniu tak pięknie mówił o Zmarłym; wiedziałam, że szwagier zajmował się ptakami, ale nigdy nie wkraczałam w ten temat, nie wykazałam nigdy żadnego nim zainteresowania. A dorosły mężczyzna mówił i w pewnej chwili rozpłakał się. Tego było dla mnie za wiele i również sięgnęłam po chusteczkę. Pogoda też była jakaś płaczliwa i głęboko smutna i nagle....po ostatnich jego słowach, ku wielkiemu zaskoczeniu wszystkich /a może tylko mnie się tak zdawało/ otworzono klatki, których nie dostrzegłam wcześniej i wyrwało się z nich do lotu ogromne stado białych gołębi. Szok!! Absolutny szok!! Zafurkotało, zakłębiło się i z głośnym trzepotem pognało wzwyż!

             Wszyscy automatycznie zadarli głowy ku górze i stał się cud!....ołowiane dotąd chmury, jak za dotknięciem tych skrzydeł, rozerwały te przytłaczające nas górne ciemności i lunęło – tak, muszę tak powiedzieć: lunęło z wysokości na nas światło!

            Wielki snop oślepiającego światła przedarł się jak przez rozdartą materię, aż trzeba było zmrużyć oczy, a w tej jasności połyskiwały srebrno pióra krążących nad nami białych gołębi. Znikały w świetle i znów chwytały w siebie ten blask i ponownie się rozsrebrzały. Istny taniec w snopie światła, jakaś nieprawdopodobna, wręcz teatralna sceneria, jakaś symbolika ujęta w artystyczną konwencję, jakaś niespotykana Reżyseria Dzieła! Myślę, że wszystkich nas złączyła podobna myśl – to zastępy Aniołów w gołębim trzepocie skrzydeł wyfrunęły na przeciw tej Duszy, by po snopie skrzących się promieni słońca wprowadzić Ją w podniebne przestworza. Po takim zdarzeniu nie można już płakać.

            To było jak Boże Słowo, które zamanifestowało się Światłem, by utwierdzić w nas wiarę.

Minął dłuższy czas i siostra otrzymała zaproszenie dla całej rodziny na uroczystość otwarcia kolejnej Wystawy Gołębi Rasowych i Ptaków Ozdobnych. Pojechałam do Olsztyn i tym razem. Ptaki w klatkach zadziwiały mnie nieustannie; nigdy nie domyślałam się nawet, że aż tyle jest ich ras, że są tak piękne i dostojne i niejednokrotnie udziwnione w swoim upierzeniu. Ale potem była część oficjalna, która przerosła moje oczekiwania. Ilość słów wypowiedzianych na temat mojego Szwagra i pochwały słane z entuzjazmem i wzruszeniem pod Jego adresem, wymienianie Jego zasług, zaangażowania i głębokiej wiedzy w tym ptasim temacie, jakieś Jego twórcze inicjatywy, surowe, ale wnikliwe i profesjonalne sędziowanie, i....mnożyły się opinie na temat Jego wieloletniego przewodniczenia temu związkowi na tych terenach. Wielu było mówców i....w konkluzji oznajmiono, że Warmińsko-Mazurskie Stowarzyszenie Hodowców Gołębi Rasowych i Ptaków Ozdobnych przyjęło za swego patrona i nadało temu Stowarzyszeniu  Imię  JÓZEFA  SENIUKA.

            Przeżyłam kolejny szok i jednocześnie poczułam się szalenie dumna i jako bliska temu nazwisku i jako olsztynianka. Razem z siostrą, dziećmi i wnukami wszyscy byliśmy bardzo poruszeni i wtedy znów powrócił w uszy ten furkot ptasich skrzydeł – to ptaki umieściły Józefa  Seniuka na zawsze w annałach Olsztyna.

A może jednak jestem olsztynianką w młodej pamięci i dziecięcym sercu, a teraz cała prawdziwa dorosłość zakorzenia się w Łodzi. Pytania...stale dopadają mnie pytania, na które może dopiero przyszłość odpowie – kto wie – a może wcale już nie mnie, a może nie ja usłyszę odpowiedź.

                                                                                                          Ewa  Karaśkiewicz

Łódź. 7.02.2014r.

 

 

******************

 

 

                                                       Ewa  Karaśkiewicz                                        

                                                                                             

Przeminął  cały  Wiek!!!

           

            Czasami wydaje mi się, że zdarzenia, które rejestruję, są jakoś naznaczone i odbieram je w kategorii znaku, choć nie potrafię tego przekazu nazwać. Nie sądzę też, by to było tylko moim przywilejem; innym zapewne też coś podobnego się zdarza, ale może nie zauważają, lub po prostu nie dostrzegają w zdarzeniu żadnych elementów godnych zastanowienia.

            Wyjechałam do warszawskich przyjaciół dla żartu, a tu niespodziewane spotkanie

z osobą, której nie widziałam od lat, niespodziewana obecność innego znajomego i nagle spotkanie jakby po środku naszych miejsc zamieszkania i w końcu przyjazd jeszcze innego znajomego z bardzo oddalonego zakątka Polski i zostałam zaproszona do teatru Polskiego na Bolesława Śmiałego. No i niby nic nadzwyczajnego, a jednak ja chcę wierzyć, że to nie tylko zbiegi okoliczności, przypadki, ale że jest w tym jakiś metafizyczny przekaz, choć nie wiem, co mi mówi i jak go odczytać, a jednak przez to moje odczuwanie czuję się jakoś „wyróżniona”, choć nie wiem po co, dlaczego i przez kogo.

            Kiedyś w podobny sposób zostałam zaproszona do teatru Narodowego na jakąś sztukę. Była to moja pierwsza bytność w tym teatrze i czułam się jakoś szczególnie uradowana, że jestem w teatrze Gustawa Holoubka i już przez ten fakt, miałam wrażenie,

że jestem w jakimś sensie wyróżniona i tak właśnie się czułam. Mistrz nie występował tego wieczoru, to nie był Jego repertuar, ale wystarczyła mi sama świadomość, że przecież chodził po tej scenie i grał na tych deskach. Znałam Holoubka w stopniu, w jakim inni, jak ja, spoza Warszawy, do której przyjeżdżając nie zawsze gna się do teatru z różnych przyczyn. Znałam Go z przekazów telewizyjnych, z recenzji w prasie, z rozmów ze znajomymi, którzy widzieli Go na żywo i to wystarczyło, bym tego wieczoru odczuwała szczególność mojej obecności w Jego Teatrze. Następnego ranka pięknie i ostro zaświeciło słońce w moje okno u przyjaciół i pierwsze słowa z jakimi weszli do pokoju to: Holoubek nie żyje! Doznałam szoku! Nie wiem, czemu, szukałam wtedy jakiegoś szczególnego znaczenia w fakcie, że tak przeżywałam swoje pierwsze kroki właśnie w tym Jego Teatrze; czemu nie zostałam zaproszona do każdego innego, wszak w Warszawie jest ich bez liku. Ale nie – to był właśnie ten Teatr!

            Teraz poranny telefon jeszcze z trasy, ale już w drodze do Warszawy z zaproszeniem do teatru Polskiego – przyjęłam i w tej samej chwili wiadomość o śmierci pani Niny Andrycz. To nic, że Ona już dawno nie była na scenie, że czytałam w prasie Jej osobiste i z pewną dumą przyznanie się do manipulacji datą urodzenia, a teraz wyznanie, że przekroczyła sto lat, bo urodziła się w 1912r.w dniu wyzwolenia 11listopada. Jechałam na spektakl z pewną tremą i lękiem, że jeżeli będzie jakaś okolicznościowa chwila, to na pewno się rozpłaczę. Zawiodłam się!! Spektakl był mało interesujący, nikt z aktorów godny uwagi, ze zdziwieniem stwierdzałam, że mimo dużej koncentracji nie mogę wiele z tekstu wyłowić w tej „zaszarganej” dykcji, że krzyk jest wrzaskiem, a szept zupełnie niesłyszalny; pewnie też sam temat nie porywał, choć chciałam szukać w nim uaktualnienia z dzisiejszymi problemami. Ale to w żadnym wypadku nie fachowa recenzja, tylko mój cichy głos dla samej siebie. Spektakl się skończył i nadal nic, a ja czekałam, że ktoś coś powie, że uszanujemy tę Wielką Polską Aktorkę w Jej Teatrze chociaż minutą ciszy, chociaż jednym głosem przed spektaklem, że właśnie ten teatr mógł się cieszyć Jej grą i Jej nazwiskiem na swoich afiszach przez pół wieku, że była temu teatrowi całkowicie oddana i tu święciła swoje osobiste i grupowe zwycięstwa na scenie – właśnie tej Scenie. Ale niczego takiego nie doczekałam się i jako nic nieznaczący widz poczułam się do głębi zawiedziona. Po wyjściu z teatru w lewej gablocie zobaczyłam zdjęcie Niny Andrycz z podpisem:„Żegnamy Heroinę Teatru Polskiego” A jednak czegoś bardzo żal.... 

Odchodzą Wielcy Naszej Polskiej Kultury, odchodzą aktorzy, kompozytorz i wszyscy inni tak bez reszty związani z teatrami każdego typu, filmem czy filharmonią. Domyślam się, że pogrzeb będzie nadzwyczaj wyeksponowany i z honorami. Każdy wie, kto to była Nina Andrycz....

            A ja znów w myślach uciekam do dziwnego zdarzenia....

            Będąc już solistką w Teatrze Wielkim w Łodzi bez żadnego szczególnego powodu pojechałam do Bytomia i poszłam na poranną próbę do „mojej” Opery Śląskiej. Zapytałam dyrektora Napoleona Siessa, czy mogę być obecna na próbie; wyraził zgodę i usiadłam w loży prosceniowej. Opera wróciła właśnie z tournee w Ameryce ze spektaklem Halki, wieczorem zaplanowany był spektakl Toski, a Dyrektor robił próbę właśnie z Halki – dziwne - i był jakiś szczególnie rozdrażniony. Śpiewałam pod Jego batutą dwanaście lat i nigdy nie widziałam

            Go w takim stanie. W pewnym momencie zarządził przerwę. Wszyscy wyszli, a Dyrektor pozostał oparty o ścianę orkiestronu. Chciałam nawet podejść i coś ciepłego powiedzieć, ale przejście na widownię było zamknięte, uczyniłam więc to, co inni i poszłam do bufetu. Myślałam, że potrzebował ciszy i izolacji. Przerwa się przedłużała, aż w końcu gruchnęła wiadomość, że Dyrektora zabrało pogotowie. Po południu już nie żył. Byłam, jak wszyscy, zrozpaczona i zadawałam sobie pytanie: co to za siła pchała mnie tutaj do mojej Opery akurat w taki czas, jakbym „musiała” być obecna przy Kimś, kto w moim zawodowym życiu tak ogromnie wiele znaczył, a z batutą w dłoni był najważniejszy!

            Wieczorem siedziałam na widowni. Podniosła się kurtyna. Na scenie stał cały zespół będący obsadą Toski, wśród nich wezwany z Krakowa dyrektor Roman Mackiewicz, który miał w zastępstwie zadyrygować, orkiestra siedziała już w orkiestrionie i wtedy ktoś z dyrekcji, nie pamiętam nawet kto, oznajmił publiczności tę tragiczną wiadomość. Wszyscy wstali i w grobowej ciszy uczcili pamięć Mistrza batuty i wieloletniego Dyrektora Opery Śląskiej. Spektakl się nie odbył – został odwołany!

            Nie znam się na prawnych przepisach dotyczących takich sytuacji, ale myślę tylko sercem, że tak podobnie powinna w dniu śmierci zostać uhonorowana w swoim teatrze Wielka Heroina tej sceny i Wielka Polska Aktorka.

To oczywiście mój subiektywny sąd, ale myślę, że każdy gest jest miarą jakiegoś przekazu dla młodych adeptów tej sztuki. Kiedyś nie odważyłabym się sama podejść do Nestorów w teatrze bez wyraźnego przyzwolenia, teraz czapka na głowie młodego aktora, czy śpiewaka nie robi na nikim wrażenia i jakby każdy wstrzymywał się od zwrócenia mu uwagi. Są pewne kanony zachowania w tym Świętym Miejscu i dlatego żal, że tak niewiele było trzeba tego wieczoru w Teatrze Polskim, a jednak się nie stało. Nie posiadam telewizora, a może na widowni byli tacy jak ja i może jeszcze do nich ta smutna wiadomość nie dotarła – tam więc powinni ją usłyszeć.

            Świat coraz szybciej gdzieś pędzi; rodzą się sezonowe gwiazdki i celebryci, ale czy rodzą się Tuzy, Wielcy, Giganci na miarę swoich czasów?

            Podobno żyjemy tak długo, jak długo istniejemy w pamięci pokoleń. Nasi Wielcy, którzy odeszli za mojej świadomości, pozostaną w pamięci następców, w pamięci tych, którzy Ich podziwiali, tych, którzy o Nich słyszeli i tych, którzy o Nich napiszą. Będą żyć tak długo, jak długo ktoś będzie wertował kartki starych książek, pism i notatek w bibliotecznych zbiorach i pewnie dlatego tak bardzo brakowało mi takiego przyczynku  „ku  pamięci”.

            A jednak wierzę, że jest w tym jakiś sens i jakiś znak – może tylko dla mnie – że niespodziewanie znajdowałam się w konkretnym miejscu i w tym szczególnym czasie, gdy LOS właśnie spełniał swoje kolejne, Ważne Zadanie. Moje pytanie z brakiem odpowiedzi....

           

Łódź. 1/ 2. 02.2014r.                                                                            Ewa  Karaśkiewicz

 

**************************

 

    Ewa  Karaśkiewicz

 

JA – OBCA

                        Nie jestem łodzianką, ale stale się nią staję.

Od 1982 roku miasto Łódź zawierało się dla mnie w przepaścistych głębiach Teatru Wielkiego, bo tylko dla tej sceny tu zjechałam z całym swoim śląskim bagażem sztuki operowej. Wielkość tej sceny z jej dwiema bocznymi kieszeniami i jedną tylną przyprawiła mnie o zawrót głowy i stałam się na długo najszczęśliwszą osobą, dla której istniała tylko droga z... i do... Teatru. Przez długi czas nawet nie przyszło mi na myśl dopytać, w którą stronę od Domu Aktora należy się udać, by znaleźć się na, osławionej w całej Polsce, ulicy Piotrkowskiej, która mnie wtedy wcale nie urzekła.

               Minęły lata. Zapisałam w Teatrze swój wielki rozdział w artystycznej epopei tej sceny, z wielością zagranicznych występów w całej Europie, z tym największym i najbardziej prestiżowym otwarciem opery w Messynie odbudowanej po zniszczeniu przez trzęsienie ziemi. Zapisałam w swoim sercu niezliczoną ilość przeżyć osobistych związanych z kolejno kreowanymi postaciami z różnych operowych tytułów, aż nadszedł czas ostatecznego opuszczenia garderoby, swego stałego miejsca przy konsoli z lustrem, z którego spoglądały na mnie różne twarze moje-nie moje, ale zawsze najbardziej ukochane tego konkretnego wieczoru; aż zdarzył się niespodziewany wieczór, kiedy weszłam na wyciemnioną po spektaklu, ogromną, pustą, bo pozbawioną już dekoracji, moją scenę, gdzie paliło się tylko robocze światło i otwarte były wszystkie kieszenie, równie wielkie jak sama scena, a przede mną, przy otwartej kurtynie, ziała ciemnością głębia wielkiej widowni. Stanęłam na środku, rozejrzałam się dookoła i w poczuciu swojej małości, nagle moje serce wyśpiewało pożegnalny hymn:    

 

Na wielkiej scenie

                          spóźnione serce

                          dogania blask reflektorów

                          i krzykiem głuszy

                          zastygłą ciszę dźwięku

                          w zaklętej przestrzeni

                          tylko słowo kocham

                          umie pomieścić

                          spełnione tęsknoty

                          i zaszklić się

                          wielością oczu

                          w kostiumach historii

                          a jutro

                          już dziś opuszcza powieki

 

                          kurtyna zawsze dzieli

                          nieruchomo.

 

Wyszłam więc z Teatru i dopiero wtedy zaczęłam rejestrować to miasto.

Miasto Łódź nagle odzyskało w moim spojrzeniu ulicę Piotrkowską z wszystkimi jej zakątkami pięknymi i obrzydliwymi, zaczęłam dostrzegać zewnętrzne elewacje cudów minionych epok, odnowione i zaniedbane pałace, fragmenty zieleni szumnie nazywane parkami, choć to tylko skwery z niewielką ilością drzew.

Uświadamiam sobie, że w różnych miejscach stały kamienice, które dawno temu drasnęły moją myśl swoim pięknem i dlatego pozostały w niej jako pewnik, że były realnie, a teraz zamiennie z zapytaniem, więc gdzie są, gdzie się podziały i dlaczego nie uwieczniłam ich istnienia w klatce aparatu fotograficznego. Teraz czasami to nadrabiam, ale to już bywają inne kamienice, z zastępczymi, bo na przykład prostymi, balkonami w miejsce finezyjnie rzeźbionych.

Widzę teraz dużo więcej, bo weszłam w towarzystwo ludzi pióra, w  pisane słowo, kocham kawiarenki i maleńką czarną kawę przy ciekawej rozmowie.

Poznaję miasto i pragnę się w nie wtopić, ale przecież nigdy nie powiem, że jestem łodzianką, bo moja sztuka nie potrzebuje miasta, tylko miejsca.

Piękny Teatr Wielki oszpecony przewstrętną fontanną, która całkowicie zasłania fronton gmachu jedynej i tak długo wyczekiwanej Opery w tym mieście. Teraz samochodem nie podjeżdża się pod wejście; teraz bez względu na pogodę panie,

w długich, premierowych kreacjach, muszą okrążyć to monstrum, bo ono de facto wzbrania lub zagradza, jak fosa przed dawnym zamkiem, wejście do Świątyni Sztuki. Fontanna nie działa w zimne miesiące, a kiedy jest czynna, muzyka w żaden sposób swoją mocą, czy liryzmem nie jest ilustrowana tym siurkaniem na kilka sposobów. Wyobrażam sobie, jak byłoby pięknie iść w szpalerze różnorako bijących w górę

dwu rzędów kolorowych strumieni wody, a oświetlony front Teatru, jak oczekujący gospodarz,  otwierałby swoje gościnne podwoje przed wszystkimi: kroczącymi dostojnie, lewitującymi, płynącymi z zachwytem, gnającymi w pośpiechu, bo ciekawymi wieczornych przeżyć w zaczarowanym świecie śpiewu i tańca.

Marzenia wszędzie i zawsze są dozwolone, bo one nigdy nie pytają o zgodę!

Czas płynie i nic nie wskazuje na to, że życie szykuje mi jakąś niespodziankę

w odmianie miejsca zamieszkania, więc to jest zapewne moja łódka, którą dopłynę

do kresu, moja Łódź, moje miasto Łódź. A może ja ją już pokochałam, może ją kocham, tylko jeszcze tego głośno nie wyartykułowałam przed samą sobą i dlatego myślę, że jeszcze nie wiem.

            Różne i czasami liczne przeżywamy w życiu miłości i Miłości – dam sobie czas, by się upewnić, która to z nich.

 

Ewa  Karaśkiewicz

Łódź, 26.04.2013 r.

Dodaj komentarz Pokaż komentarze     komentarzy: 1






użytkownik
hasło
 
Zaloguj              
KontaktZbiory prywatne