Bogumił Pijanowski
Wiersze i prozaO stronieTeksty własne,wiersze i prozaTeksty grupy literackiej AKANT i inne nadesłaneFotografieBlog hyde park


















Na Zakynthos 2013.

   Na Zakynthos 2013.

 

   Sezon tegorocznych, letnich wojaży i wypoczynków zaczęliśmy z moją Zosią wcześniej, niż zwykle.

   Siódmego czerwca polecieliśmy z lotniska w Łodzi na wycieczkę do Grecji na Zakynthos. To mała i malownicza wyspa na Morzu Jońskim. Zabytków ma niewiele, bo trzęsienia ziemi, które miały tu miejsce w 1948 i 1953 roku zmiotły wszystkie budynki z powierzchni ziemi. To co się ostało tkwi pod ziemią. Reszta to nowe lub odbudowane budynki. Dziś wyspa przyciąga turystów głównie przepięknymi widokami, pełnymi barw, kolorem morza, które mieni się u jej brzegów wszystkimi odcieniami niebieskości – od błękitów, poprzez lazur aż po granat. Atrakcją Zakynthos są urocze plaże. Na jednej z nich lęgną się żółwie Caretta-Caretta otoczone opieką wolontariuszy pilnujących, aby turyści nie zakłócili cyklu rozwojowego tych dużych i pięknych gadów. Żółwie można też zobaczyć w morzu. Mieliśmy okazję widzieć je z odległości, obserwując wodę z wysokości maleńkiej wysepki Ag. Sostis, na którą wiedzie wąski mostek. Na tę uroczą wysepkę poszliśmy sobie brodząc po brzegu w towarzystwie bardzo sympatycznej pani Iwonki z Torunia.

   Trafiliśmy na przyjemny okres pogodowy i do miłego hotelu. Słońce i kąpiele towarzyszyły nam przez cały okres pobytu. Było gorąco, ale jeszcze nie zaczęły się te straszne upały, jakie poznaliśmy kiedyś na Santorini, albo w czasie innych, letnich podróży zagranicznych. Hotel „Megara” jest oddalony od centrum turystycznych hałasów. Ma ładny basen, gdzie bywaliśmy często sami i jest położony blisko starego gaju oliwnego.

   Będziemy też przyjemnie wspominać kontakty z miejscowymi Grekami i licznie tu pracującymi Albańczykami, Kosowianami czy Macedończykami. Z niektórymi nawiązaliśmy nici przyjaźni. Gdy nas z daleka widzieli pojawiała się na ich ustach radość. Uczyliśmy się wzajemnie powitań, pożegnań, podziękowań itd. w swoich językach – również znaczenia popularnych gestów. Zawsze śmiech wzbudzała próba nauczenia cudzoziemców:

W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie.

   Większość zakupów (woda, pieczywo, warzywa, owoce, masło, sery, piwo itd.) kupowaliśmy w pobliskim małym sklepiku prowadzonym rodzinnie przez mojego równolatka Costasa. Ma dwóch synów i córkę. Wszyscy bardzo sympatyczni. Synowie ( po trzydziestce) nadal są kawalerami. Tu dzieci długo są z rodzicami. W ogóle więzi rodzinne na wyspie są bardzo silne. Przed sklepem witały nas papugi Koko i George. Sklep oferował dużo niższe ceny niż  inne w Laganas.

   Z naszymi turystami z Polski było dziwnie. Na wycieczce autobusikiem pozbierane z różnych hoteli towarzystwo było jakieś zamknięte w sobie. Mało kontaktowe. Spięte. Nie reagujące na żarty. Podobnie (z miłymi wyjątkami) w hotelu i w samolocie. Co się z tym narodem dzieje?

   W niedzielę pojechaliśmy do stolicy wyspy taksówką, bo w święta autobusy tu nie kursują(?!). Stolica nosi tę samą nazwę, co i cała Zakynthos. Liczy zaledwie 9 tys. mieszkańców. Jest tu jedyny na wyspie kościół katolicki Św. Marka. Wiadomo, Grecja to domena prawosławia. Msza w kościele miała charakter międzynarodowy. Zgromadziła ludzi z różnych krajów i z różnych kontynentów. Byli Szwedzi, Anglicy, Hindusi, Węgrzy, ciemnoskórzy z Afryki, Azjaci o koreańskich rysach, Japończycy itd. Celebra miała akcenty polskie, bo ksiądz poprosił turystę z Polski o drugie czytanie w naszym języku i wszyscy śpiewaliśmy po polsku Czarną Madonnę. Większość mszy była odprawiana w języku angielskim i greckim. Komunię ksiądz rozdawał maczając opłatek w winie – tak, jak w prawosławiu – chleb i wino.

   Po mszy połaziliśmy nieco po mieście. Tu dopiero widać w restauracjach prawdziwych Greków. W Laganas, gdzie jest nasz hotel, mieszka ich zaledwie znikomy procent. 70% to Albańczycy, Macedończycy i inne nacje, które ściągnęły tu za zarobkiem na rozpoczynający się sezon turystyczny. Po sezonie kurort Laganas przypomina podobno wymarłe miasto. Głównym punktem miasta jest Plac Solomosa. Nazwany imieniem poety, który mieszkał w tym mieście i który jest twórcą obowiązującego do dzisiaj hymnu całej Grecji. Pomnik Dionisosa Solomosa stoi w głównym miejscu placu. Obok jest cerkiew Św. Mikołaja z Mola i port, skąd odpływają promy, jachty i statki turystyczne. Na placu można spotkać mimów, grajków ulicznych i handlarzy egzotycznym towarem. W oczy rzuciły mi się straganiarki z Indii. Uliczki prowadzą w różne zakątki i na pobliskie wzgórza.

 

Hymn do Wolności (słowa: Dionisos Solomos, muzyka: Nikolaos Mantzaros)

(pierwsze 3 zwrotki, system monotoniczny)

 

Rozpoznaję Cię po cięciu
szabli budzącym respekt, podziw (przerażenie)
Rozpoznaję Cię po spojrzeniu
Co z przemożną mocą mierzy Ziemię

Ze świętych (czcigodnych) kości (dawnych) Hellenów zrodzona
I jak dawniej pełna męstwa,
Witaj! O witaj nam Wolności! –
(Bądź pozdrowiona, Wolności!)

 

W ukryciu, pełna goryczy i wstydu
Tęskniłaś jednych ust, które powiedzą Ci
Wracaj do nas! Bądź znów z nami!

 

   W czasie pobytu na wyspie zafundowaliśmy sobie całodzienną wycieczkę  na północ Zante (Zante, to miejscowa nazwa Zakynthos). Busik zabrał nas rano spod hotelu i przywiózł z powrotem wieczorem w to samo miejsce. Wycieczka składała się z kilkunastu osób.

   „Zaliczyliśmy” plażę Xigia z zimnymi źródłami siarkowymi i grotami wydrążonymi przez fale morskie w wysokim klifie. Popłynąłem wpław w miejsce wypływu tych siarczanych, śmierdzących zgniłymi jajami wód. Temperatura nie przekraczała tam chyba 10°C? Brr! Kąpiel podobno ma jednak lecznicze właściwości, choć skóra pachnie po niej brzydko nawet na drugi dzień.

   W porcie Agios Nikolas wsiedliśmy na mała motorówkę i udaliśmy się do osławionych Blue Caves (Błękitnych Grot). Małe motorówki mogą wpływać do tych grot. Nasza wpływała i krążyła wokół nich dostarczając niesamowitych wrażeń wzrokowych. Tych kolorów nie da się opisać. Niebiańska niebieskość. Refleksy i taniec słonecznych światłocieni. Aparaty fotograficzne miały co robić. Po drodze skały przybierają fantastyczne kształty. Można wśród nich rozpoznać boga mórz i oceanów Posejdona lub po drugiej stronie majestatycznego Sokratesa. Dla par jest tam nawet Jaskinia Zakochanych. W pewnym momencie kapitan łódki zakotwiczył ją w pewnej odległości od jednej z takich grot. Spuściłem drabinkę i z jednym z turystów ruszyliśmy do niej wpław. W środku groty krystaliczna i niebieska woda wydawała się być sztucznie podświetlana. Podczas machania rękoma bańki mieniły się, jak iluminacje na dyskotece z niebieskimi światłami. Długo tam nie można było siedzieć, bo zimno, głęboko i trzeba było zachować siły na powrót. Jednak naprawdę, było warto!

   Budzącym zachwyt fotografów jest widok na Zatokę Wraku (Navagio). Najpierw dotarliśmy naszym autobusikiem do miejsca, skąd z wysokiego brzegu okalającego zatokę podziwialiśmy ten najbardziej znany zakątek Zakynthos, a potem kolejną łodzią motorową z Porto Vromi wpłynęliśmy w to piękne miejsce łodzią tak, że można było suchą nogą stanąć na plaży. Od lat rdzewieje na niej wrak przemytników, którzy rozbili się kiedyś w tym miejscu. Przewozili papierosy, które potem okoliczna ludność wyławiała, suszyła i ponoć niektórzy popalają do dziś. Żwirowate podłoże plaży utrudnia poruszanie się boso, ale miejsce jest urokliwe. Od niesamowitego koloru wody promienie światła odbijają się tak, że szare mewy przelatujące nad tą tonią nabierają niebieskich kolorów przypominając barwne motyle. Dopłynięcie do tego miejsca zabiera prawie godzinę czasu. Podczas powrotu morze nabrało nieco innych barw, bo na horyzoncie pojawiły się chmury i widać było, że nieco dalej pada i jest burzowo.

   Pomiędzy wyprawami morskimi dotarliśmy naszym busem do małej wioski Anafonitria, gdzie spożyliśmy obiad. Zamówiliśmy sobie jedną ze specjalności wyspy - królika w sosie paprykowo-cynamonowym. Dobry.

   W Anafonitria odwiedziliśmy cerkiew Św. Dionisosa – patrona wyspy. Jako jedyna ocalała podczas trzęsienia ziemi.

   Kolejnymi atrakcjami wycieczki była możliwość zakupu tutejszej oliwy i odwiedzenie winiarni, gdzie za darmo można było pokosztować różnych gatunków miejscowych win. Kupiliśmy dwie butelki. Jedno czerwone, a drugie różowe.

   Potem zrobiliśmy sobie trochę luzu spędzając kolejne dni na „byczeniu” się na basenie, kąpielach morskich i spacerach po okolicy. Szczególnie duże wrażenie wywarł na nas pobliski gaj oliwny z często kilkusetletnimi drzewami. Spacery po Laganas nie zachwycają. To wrzaskliwe miejsce pełne sklepów, straganów i dyskotek, na których młodzi ludzie bawią się całą noc do białego rana. Za najhałaśliwszych uważa się tu Anglików. Piją, krzyczą, rżą, jak konie i rozrabiają ile wlezie. Jak to dobrze, że nasz hotel jest położony z dala od tych miejsc.

   Południową część wyspy postanowiliśmy zwiedzić na skuterze. O wyznaczonej godzinie przybyło dwóch przedstawicieli firmy wypożyczającej i po zapoznaniu mnie z dostarczonym pojazdem podpisałem umowę na 4 dni. Panowie wręczyli mi kluczyki i dwa ogromne kaski po czym odjechali. Skuterek wybrałem mały, bo Zosia boi się jeździć na dużym. Kolorek ładny. Pomarańczowy. Zaprosiłem Zosię, aby wsiadła i gdy tego dokonała usłyszałem, że na czymś takim za Chiny nie będzie jeździć. Dla niej tylne siedzenie jest za wysoko i tyle. Zniechęcony wsiadłem na pojazd i pojechałem po benzynę. Okazało się, że skuter jest do niczego. W ogóle nie ciągnął pod górę. Z górki, „jak cię mogę”, ale aby wjeżdżać na większe wzniesienia musiałem odpychać się nogami. Próbowałem pojeździć po okolicy z nadzieją, że coś się w silniku odetka, ale maszyna zawiodła. Zadzwoniłem do firmy i przybyli ponownie ci sami dwaj weseli panowie. Stwierdzili, że istotnie skuter jest zepsuty i zaproponowali inny.

Powiedziałem, że nie chcę już żadnego skutera i proszę o zwrot pieniędzy. Usłyszałem, że to niemożliwe, bo kontrakt jest zarejestrowany. W międzyczasie dotarł do nas szef firmy Denis. Summa summarum ustaliliśmy, że w zamian za 4 dni na skuterze, w tej samej cenie pojeździmy jeden dzień autem. I tak się stało. Do auta w 1/3 kosztów dołączyła się pani Ania z Warszawy i pojeździliśmy sobie wspólnie po wyspie czerwonym Peugeot 207. Pod wzniesienia można było wjeżdżać tylko na jedynce. Na czwórce silnik wydawał odgłosy, takie jak na dwójce. Ale jazda była bez problemu. Wliczając koszt paliwa wydaliśmy chyba więcej, niż gdybyśmy kupili zorganizowaną wycieczkę. Zaletą było jedynie to, że byliśmy niezależni. Drogi na Zakinthos są wąskie i kręte, ale nawierzchnie dobre.

   Autko pozwoliło nam pojechać na Półwysep Vasilikos na plażę Gerakos, gdzie żółwie składają jaja. Miejsce lęgu wyznaczają płotki z listewek i pilnują ich przeszkoleni wolontariusze. Obok można sobie naskrobać brunatnej glinki i posmarować stawy. Podobno to leczy. Na Vasilikos zaliczyliśmy też plażę w Porto Zoro. Potem pojechaliśmy na Półwysep Keri. Tu odwiedziliśmy najpierw pobliską plażę z ładnym widokiem na całą południową zatokę wyspy i w barze nadmorskim wypiliśmy słynną tu kawę na zimno Fredo (Frape).

  Potem pojechaliśmy na wschodnią część półwyspu Keri na cypel Keriou, gdzie jest latarnia morska i powinna powiewać największa flaga w całej Grecji. Ogromny maszt zastaliśmy jednak goły. Widocznie flaga pojechała do pralni. Z tarasu restauracji znajdującej się w tym miejscu jest przepiękny widok na strome zbocza klifu, o które rozbijają się fale szmaragdowego morza.

   Następnie poprzez Agalas pojechaliśmy w kierunku Kilomenos. Po drodze znaleźliśmy małą, prowadzoną z pokolenia na pokolenie przez Greków knajpkę. Fundnęliśmy sobie z Zosią musakę, sałatkę grecką z serem feta i cacyki. Właścicielka poczęstowała nas dodatkowo gratis smacznym winem domowej roboty.

   W czasie tej samochodowej eskapady odwiedziliśmy jeszcze plażę Limonas i w Exo Chora słynne drzewo oliwne liczące sobie (bagatela!) 2500 lat.

   Miałem jeszcze w planie wypożyczenie łodzi motorowej. Można ją wynająć bez żadnych uprawnień i samemu w roli kapitana odwiedzić okoliczne wyspy i półwyspy. Zaplanowałem to na ostatni dzień pobytu na wyspie. Pech chciał, że dorwałem jakiegoś wirusa i odechciało mi się wszystkiego. Po powrocie do Łodzi pobiegłem do lekarza z gorączką przekraczającą 39ºC.

   Wypad jednak uważam za udany. Zwłaszcza widokowo, choć bywaliśmy nieraz bardziej zauroczeni podczas innych, wczasowych wojaży zagranicznych.

 

                                                                                                    Bogumił Pijanowski

 

Pierwsza połowa czerwca 2013 r.

 

PS

Na zdjęcia można zerknąć w części Fotografie: www.pijanowskib.eu/index.php?fotografie/list/36/ 

Dodaj komentarz Pokaż komentarze     komentarzy: 0


Z Harendy

Marusia z Harendy

 

    Tegoroczny, drugi i trzeci tydzień stycznia był w Tatrach wyjątkowo piękny. Prawdziwie, słoneczna, skrząca się grubą warstwą śniegu i mroźna zima odwiedza Podhale. Turyści wypełniający zwykle tłumnie stoki, doliny, a zwłaszcza zatłoczone Krupówki Zakopanego przegapili okazję. Było ich tu pełno parę dni wcześniej, podczas długiego sylwestrowo-noworocznego weekendu. Zapewne wrócą ciżbą na Zawody Pucharu Świata w Skokach Narciarskich i wtedy, kiedy zaczną się dla szkół pierwsze turnusy ferii zimowych. Teraz jest tu jednak raj dla tych, którzy pragną prawdziwego wypoczynku, samotnego odwiedzenia pięknych zakopiańskich dolin, gór i zboczy, rozkoszowania się niepowtarzalnymi klimatami malowniczego folkloru i zachwycającej architektury tych stron.

    Nie tylko zima wróciła do Zakopanego. Wróciła bowiem na Harendę również pani tego magicznego domu, przybywając we wspomnieniach dzięki uroczemu wieczorowi autorskiemu Radosława Romaniuka promującemu swą książkę „Talent do życia” o Marii Kasprowiczowej (Marusi). Ten esej wydany w grudniu 2008 r. staraniem Stowarzyszenia Przyjaciół Twórczości Jana Kasprowicza i dzięki dotacji Gminy Miasta Zakopane jest fragmentem tomu szkiców biograficznych One wydanych w Warszawie w 2005 r. przez Wydawnictwo „Twój Styl”.  

    Wspaniałą oprawą spotkania poświęconego zdumiewającej wielu artystów Rosjance były romanse śpiewane w rodzinnym języku Marii przez jej rodaka - Aloszę Awdiejewa.

    Na imprezę, która miała miejsce 10.01.2009 r. dotarliśmy z żoną na dwie minuty przed jego rozpoczęciem. W nocnym mroku, ciepłym światłem mrugały okienka Muzeum Jana Kasprowicza. Maszerowaliśmy sami pod górę słynnymi, stromymi schodami. Goście bowiem już znacznie wcześniej wypełniali szczelnie wnętrza domu. Każdy stopień był po obu stronach iluminowany palącymi się świeczkami. Wkraczaliśmy, jak do nieba w krainę poezji i historii.

    Udało nam się znaleźć miejsce siedzące i zdołałem jeszcze przekazać gospodyni - kierowniczce muzeum - Pani Małgorzacie Karpiel (pięknie przybranej w góralski serdak) pozdrowienia od naszej znajomej z Łodzi. Usiedliśmy wśród miłych, kulturalnych ludzi. Takich twarzy  i takiej powierzchowności jest już coraz mniej w naszym zwulgaryzowanym świecie. Na ścianach, wśród wielu innych, dostrzegliśmy portrety Marii i Jana Kasperowiczów wykonane między innymi przez Witkacego. Obok nas usiadł ogromny, spasiony, grafitowy w kolorystyce kot Sasza. Czemu upodobał sobie właśnie nasze towarzystwo?

     Rozpoczęło się spotkanie.

     Nie zamierzam streszczać książki. Odsyłam do lektury opowieści o trzeciej żonie twórcy „Hymnów” i „Księgi ubogich”, kobiecie niesamowitej, młodszej od Kasprowicza o trzydzieści lat, córce carskiego generała Bunina, natchnieniu wielu twórców i o kobiecie niezależnej, kochance artystów, która wierzyła w swe posłannictwo życiowe polegające na „tworzeniu” poprzez swoistą opiekę nad wrażliwymi duszami artystów, pięknej Rosjanki, zafascynowanej polskością, troskliwej opiekunce pamięci o Janie Kasprowiczu.

    Podzielę się jednak refleksjami, jakie mi towarzyszyły, kiedy słuchałem Radosława Romaniuka i romansów śpiewanych przez Aloszę Awdiejewa.

    Jak wiemy, dom na Harendzie, to dzieło Marusi. Jan Kasprowicz mieszkał w nim zaledwie niecałe trzy lata, tymczasem Maria  jeszcze 42 lata po śmierci męża. To ona stworzyła muzeum i pobliskie Mauzoleum Kasprowiczów. To ta wykształcona, znająca języki, prowadząca życie pełne bliskich kontaktów z ówczesną bohemą artystyczną w Polsce i w świecie kobieta była dożywotnim kustoszem Harendy. Wśród postaci, które przewinęły się przez jej dom są dziesiątki wybitnych ludzi kultury i sztuki. Jej bliskie stosunki z Bojanem Panewem, Michałem Choromańskim, Henrykiem Worcellem, Stanisławem Ignacym Witkiewiczem, przyjaźnie z Kornelem Makuszyńskim, Janem Dobraczyńskim, Antonim Słonimskim, Jarosławem Iwaszkiewiczem, Witoldem Gombrowiczem, Zofią Nałkowską, pod koniec życia z Barbarą Wachowicz  i wieloma, wieloma innymi znalazły odbicie w literaturze. Miłośnicy czekają na monografię tej barwnej postaci.

   Niewątpliwie Harenda pomaga tworzyć legendę Kasprowicza. To pięknie położony budynek. Wdowa po nim zasługuje w tym domu na równie gorącą pamięć. Pomyślałem sobie, że we współczesnych blokach nikt by takiego miejsca pamięci nie stworzył. Dzisiejsi, wielcy twórcy muszą szukać innego sposobu na to, aby pamięć o nich nie przeminęła z wiatrem. Nie wiem, czy na powstanie muzeum Jana Kasprowicza nie wpłynęła również słynna sprawa z wysłanym przez Marię do Lenina listem z prośbą o paszporty dla matki i siostry i telegramu Wodza Rewolucji, który „załatwił” pozytywnie jej prośbę?

     Á propos Lenina, to zazwyczaj wynajmujemy pokój w Poroninie. Obecnie zrobiliśmy tak samo. W latach siedemdziesiątych, po góralskiej „herbatce z prądem”, darłem się tutaj mknąc kuligiem  z pochodniami i improwizując:

Hej! Leninie, Leninie! Byłeś w Poroninie.

Hej! Nie takie, jak ty bywały tu świnie. Hej!

    Cud, że wtedy gorzko za to nie zapłaciłem.

    Teraz do przyjaciół powysyłałem na kartkach:

Hej! Poronin, Poronin! Nie ma już Lenina.

Hej! Pomnik wywalili, bo szpetna gadzina. Hej!

    Wracając do Harendy: zebrani owacyjnie nagrodzili autora „Talentu do życia” i wspaniały występ Aloszy Awdiejewa, który zakończył śpiewając „Modlitwę” Bułata Okudżawy. Nawiązując do słów pieśni zachęcam: „do póki ziemia kręci się”, odwiedzajcie nasze Tatry. Odwiedzajcie Podhale. Odwiedzajcie górali. Wybierajcie takie pory roku, kiedy mało tu ceprów i kiedy przyroda jest najpiękniejsza.  Odwiedzajcie Muzeum na Harendzie. Odwiedzajcie siedzibę Kasprowiczaów, miejsce które bez Marii byłoby puste. Wiadomo przecież, że to zawsze kobieta w głównej mierze tworzy klimat każdego domu.

 

                                                                Bogumił Pijanowski

Łódź, 17.01.2009 r.

 

 

 

Portret Marii Kasprowiczowej wykonany przez  Stanisława Ignacego Witkiewicza

Dodaj komentarz Pokaż komentarze     komentarzy: 0


U przyjaciół w Weissach im Tal

                           

U przyjaciół z Weissach im Tal

 

   Trzeci raz odwiedziliśmy naszych przyjaciół w Niemczech. Mieszkają na terenie Badenii-Wirtembergii w Weissach im Tal. To bardzo mili i serdeczni ludzie. Byli trzykrotnie na organizowanych przeze mnie spływach kajakowych w Polsce. Gościli też u nas w Łodzi i obwoziłem ich trochę po kraju. Polubiliśmy się i stąd te kontakty. Margarit i Bernd są niezwykle oryginalną parą. Zwiedzili już prawie cały świat. Kupili sobie kiedyś potężny, stary budynek z olbrzymimi zabudowaniami gospodarczymi i z pietyzmem traktują każdy zardzewiały gwóźdź w tym miejscu. Ich dom w Weissach im Tal stanowi zdumiewający kontrast na tle uporządkowanej, dopieszczonej okolicy. Pełno tu zardzewiałych kompozycji własnej roboty. Jakieś koła rowerowe pospawane z rurami i starymi trybami, stare kafelki poprzybijane w różnych miejscach, pamiątki  wkomponowane w dziko rozrastającą się roślinność. Ogród na zapleczu to istna „dżungla”. Jednak ten dom, pełen bibelotów i niesamowitej ilości pamiątek z wojaży, żyje. Można chodzić wiele godzin po licznych pomieszczeniach, zakamarkach i przybudówkach dziwiąc się tej ilości przedmiotów zgromadzonych prawie z całej kuli ziemskiej. Nowoczesność też tam gości. Ogrzewanie ma kilka systemów. Można korzystać z medium olejowego, elektrycznego, słonecznego, gazowego, węglowego, trocinowego i koksowego. Zależnie od tego co w danej porze roku tańsze. Telewizory są zaś pochowane. Komputer jest, ale wykorzystywany bardzo praktycznie. Margarit działa w związkach zawodowych na terenie Stuttgartu, a Bernd jest nauczycielem wychowania fizycznego. W szkole, w której uczy jest uwielbiany przez uczniów, o czym świadczą rankingi publikowane w miejscowej prasie. Jest też miejscowym radnym. Głosowało na niego 3000 mieszkańców. Nie rozstaje się z rowerem i dzień w dzień pokonuje na nim straszne wzniesienia jadąc (lato, zima) do pracy i z powrotem. Przejechaliśmy autem tę trasę. Wierzcie mi, nawet auto się zasapało.

   Weissach im Tal to mała miejscowość. Podobno jest wsią? Ale gdzie tam naszym miasteczkom do tego wymuskanego miejsca. Sklepy, domy, urzędy, usługi itd. przewyższają polskie wyobrażenia o małych miejscowościach. To bardzo dobrze urządzona infrastruktura. Czysta, zadbana i mająca dumną ludność. Tam lokalny patriotyzm czuć na co dzień.

   Badenia-Wirtembergia została utworzona, jako odrębna jednostka administracyjna w 1952r. w amerykańskiej strefie okupacyjnej. Jest jednym z najbogatszych landów. Badenia jest katolicka, a Wirtembergia (Szwabia, jak wolą o sobie mówić mieszkańcy) protestancka. Teren tu bardzo urozmaicony, a miasta i wsie pełne zabytków. Ludzie na tym obszarze są otwarci na innych, cenią oddanie pracy, indywidualizm, wykształcenie i rozwój intelektualny.

Z tego terenu wywodzi się wielu wynalazców, filozofów, i poetów.

   Przy okazji poprzednich wizyt podziwialiśmy Heilbronn i Backnang, a teraz Margarit i Bernd zawieźli nas najpierw autem do Schwäbisch Hall, a potem pojechaliśmy zwiedzać z Margarit Stuttgart.

    Schwäbisch Hall zachowało swój średniowieczny kształt. Stare miasto (Altstad) leży po wschodniej stronie rzeki Kocher. Na zachodnim brzegu jest średniowieczne przedmieście. Po rzece brodzą niepłoszone czaple. Wszędzie roztaczają się piękne widoki, na pertferiach usytuowany jest najważniejszy zabytek – Klosterburg Gross Coburg. W nim słynny żyrandol i wiele zabytków. Pomieszczenia klasztorne służą też jako miejsce nauki i noclegów dla studiujących nauczycieli.

   W centrum Starego Miasta znajdują się domy późnego średniowiecza zbudowane w charakterystycznym niemieckim stylu. Na środku dominuje późnogotycki kościół Św. Michała. Wiodą do niego monumentalne schody mające 54 stopnie. Są one obecnie wykorzystywane jako tło wielu imprez i występów artystycznych. Na dole można zobaczyć ciekawie wyglądającą fontannę z pręgierzem i kajdanami, w które zakuwano złoczyńców.  Ratusz ucierpiał w czasie wojny, ale teraz jest z pietyzmem odbudowany. Miasto szczyci się pięknymi muzeami. Fasada największego Kunsthalle Würth ma nowocześnie wmontowaną fasadę i z jej tarasu starówka jest jakby ujęta w panoramiczne ramy. Wygląda to bardzo pięknie. Nad miastem góruje potężny budynek urzędu podatkowego. Uliczki Schwäbisch Hall pełne są rzeźb świadczących o kunszcie artystycznym miejscowych twórców.

   Nazwa miasta pochodzi od słowa Hall, oznaczającego „miejsce soli”. Eksploatacja złóż tego cennego wówczas minerału przyczyniła się do pomyślności okolicy. Dziś organizowane są tu corocznie festyny z pokazami ważenia soli dla upamiętnienia początków dobrobytu grodu.  Miasto ma też teatr w kształcie rotundy odwzorowany w stylu pierwszych teatrów angielskich. Grane tu są wyłącznie sztuki Wiliama Szekspira.

   Kiedyś Schwäbisch Hall było ważnym ośrodkiem menniczym. Bito tu srebrną monetę Heller, najmniejsza jednostkę monetarną Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Miasto nie jest zbytnio uprzemysłowione, ale nie stało się również nowoczesnym kurortem mimo, że sporo tu miejsc, w których można wypocząć, skorzystać z kąpielisk, uprawiać sporty, uczestniczyć w życiu kulturalnym oraz podziwiać masę zabytków. Lubię takie właśnie miejsca.

   Stuttgart jest dziś stolicą Badenii-Wirtembergii. Miasto przeżywa dni rozkwitu, szczycąc się najwyższym ogólnym poziomem zamożności ze wszystkich miast niemieckich. Tu zakorzeniły się potężne firmy Daimler-Benz (obecnie Daimler-Chrysler), Porsche i Bosch.

   Nazwę miasto wzięło od stadniny koni, która powstała pod koniec pierwszego tysiąclecia. Stuttgart prawa miejskie uzyskał w XIV w. i  aż do początków XIX w. pozostawało w cieniu innych znaczących miast w okolicy. Dopiero Napoleon nadał Wirtembergii status królestwa i wtedy Stuttgart otrzymał status królewskiej stolicy utrzymując go przez jedno stulecie. Teraz miasto, poza pracą, uczelniami i bogatym życiem wielkomiejskim oferuje turystom liczne muzea, imprezy artystyczne, wypoczynek, wspaniałe parki i ogrody. Powłóczyliśmy się po tym wielkim mieście. Odwiedziliśmy Plac Zamkowy, widzieliśmy Kolumnę Jubileuszową, piękny park, sfotografowaliśmy gołębia na głowie monumentu z postacią króla Wirtembergii Wilhelma I, widzieliśmy stary zamek zwiedziliśmy katedrę, zahaczyliśmy o muzea i teatry. Zrobiliśmy sporo zdjęć. Wmieszaliśmy się w barwne tłumy turystów i mieszkańców. Odwiedziliśmy dwie wystawy. Jedna z pracami graficznymi satyryków dotycząca motoryzacji, bardzo nas ubawiła. Słowem, sporo wrażeń, zwłaszcza, że pogoda dopisała. Niemniej na tak duże miasto trzeba mieć znacznie więcej czasu. Jeden dzień nie wystarcza. Jeszcze kiedyś przyjedziemy tu na dłużej.

   Margarit i Bernd nie tylko przyjęli nas pod swój dach, ale i karmili, poili wozili po okolicy i dostarczali rozrywek. Zabrali nas na miting nauczycieli w prywatnym domu. Mąż gospodyni pochodzi z Nigerii i jest czarny, jak heban. Goście korzystali ze „szwedzkiego stołu” przygotowanego prze panią domu w kuchni. Różnorodnych potraw było w bród. Trunków również. Z gospodarzem prowadziłem filozoficzne dysputy o fenomenie podróżowania i poznałem wielu kolegów Berndta.

   Pobyt na terenie Weissach im Tal umiliło również spotkanie z Ingrid i Peterem, którzy kiedyś byli również w Polsce na moim spływie kajakowym. Peter jest miejscowym artystą rzeźbiarzem. Maisto Backnang zapewniło mu pracownię i nie musi obecnie tworzyć w domu. Sąsiedzi odetchnęli, bo jego rzeźby wymagały hałasu, piłowania, walenia młotem, spawania itd. Jego dzieła są bardzo kontrowersyjne. Niejednokrotnie sięga do form gabarytowo bardzo dużych. Niektóre jego dzieła ważą tony. Tworzy coś, co można nazwać szukaniem piękna w rzeczach z pozoru nieestetycznych. Może to bunt przeciwko otaczającej artystę niemieckiej, solidnej rzeczywistości, gdzie wszystko musi być wyrównane, wykończone, pięknie pomalowane i przystrzyżone? Byliśmy też w nowym domu Artysty. To było bardzo miłe spotkanie.

   Po czterech dniach pożegnaliśmy gościnnych gospodarzy i dalsza trasa wymaga osobnych relacji. Ponad trzy tygodnie zajęło nam zwiedzanie i odwiedzanie Szwajcarii, Alp we Francji, Włoch, Chorwacji, Węgier i Słowacji. Przejechaliśmy blisko pięć i pół tysiąca kilometrów, nie mniej ta trasa nie należała do naszych najdłuższych wypraw samochodowych po Europie.

                                                                                

                                                                                                                        Bogumił Pijanowski

Dodaj komentarz Pokaż komentarze     komentarzy: 0


Żmija - Wielkanoc 2000

 

Żmija (Wielkanoc w 2000 r. na wsi)

 

   Chałupa letniskowa w Górach Świętokrzyskich dostarcza nam sporo przygód. Zbliżające się niebawem święta przypomniały mi Wielkanoc na wsi sprzed ośmiu lat.

    Pogoda nastrajała do wyjazdu w plener. Oboje, jako nauczyciele mieliśmy sześć dni przerwy wiosennej. Postanowiliśmy, że spędzimy je w naszej chatce.

    Spakowanie rzeczy poszło gładko, mimo że Zosia nie znosi tych czynności, a jej zdenerwowanie zawsze i mnie się udziela. Już mieliśmy ruszyć, kiedy zauważyłem, że nie mam kluczy od domku.

Zaczęliśmy poszukiwania. Przekopaliśmy wszystko w mieszkaniu, przetrząsnąłem wnętrze samochodowe i nic. Zrobiło się późno. Trudno, trzeba odłożyć wyjazd na rano! Przecież gdzieś te klucze są?

Rozpakowaliśmy auto, co też było czasochłonne, bo na tygodniowy wyjazd zabieraliśmy sporo produktów żywnościowych, narzędzia ogrodnicze i do majsterkowania, odzież na różne możliwości pogodowe i nawet mały telewizorek. Do późnych godzin nocnych zastanawialiśmy się, gdzie te klucze mogliśmy zapodziać? Może wypadły mi u mechanika samochodowego, u którego wczoraj naprawiałem auto? Może zostawiłem w pracy?

    Rano odwiedziłem wspomniany warsztat samochodowy i byłem sprawdzić w pracy. Daremnie. Klucze ulotniły się, jak kamfora.

    Trudno, pojedziemy mimo to, choć będę musiał się włamywać do własnego domku. Znowu wszystko trzeba było zapakować,  pamiętając dodatkowo o uzupełnieniu narzędzi o takie, które będą przydatne do pokonania zamków naszej daczy.

     Wyjeżdżając z Łodzi zastanawiałem się, jak uniknąć wścibstwa wiejskich sąsiadów kiedy zacznę się włamywać do własnego domku.

     Podjechałem do bramy naszej „daczy”. Wyszła sąsiadka i mówi:

     - Dzień dobry. Płot się panu z tyłu „obalił”.

     - Dzień dobry. Dziękuję! Zaraz zobaczę.

     Sąsiadka poszła do swoich zajęć, a ja na zaplecze domku. Istotnie zima poczyniła spore szkody. Stawiany przeze mnie z mozołem, drewniany płot wreszcie runął ze starości pod wpływem wichury i naporu śniegu. Przez powstałą wyrwę dostałem się na podwórko. Od środka przeciąłem brzeszczotem kłódkę w bramie i wprowadziłem auto na dziedziniec. Obeszło się bez sensacji.

     Teraz, jak pokonać zamki w chałupie? Najłatwiej zrobić to od środka. Postanowiłem więc, że dostanę się do wnętrza poprzez szczyt domu. Znałem tam jedno takie miejsce, że wystarczyło wyrwać deskę i można wejść na strych. Dzisiaj byłoby to już niemożliwe, ponieważ strych jest zabudowany i strasznie zagracony.

   Za domem przebrałem się w robocze drelichy, wyjąłem z samochodu narzędzia, i ze starych wrót od stodoły zrobiłem barykadę, po której wdrapałem się przy ścianie szczytowej chaty na odpowiednią wysokość. Łomem odbiłem deskę w szczycie i spróbowałem wczołgać się na strych. Wgramolenie się tam nie było łatwe, bo po zimie i z nadmiaru spożywanego piwka brzuszek mocno mi przeszkadzał. Na jakiś czas ugrzęzłem w zrobionej przez siebie szparze i fajtałem bezradnie nogami ze trzy metry nad ziemią, nie mogąc ani zejść, ani wślizgnąć się do środka. Wreszcie zlazłem. Poprawiłem barykadę, przybiłem do ściany chaty klocek, aby mieć lepsze oparcie dla nóg i podjąłem kolejną próbę. Tym razem się udało.

   Spocony, poprzez strych, dostałem się wreszcie do wnętrza domu. Chałupa w środku wystudzona po zimie strasznie. Na zewnątrz 18°C, a wewnątrz chyba blisko zera. Szczękam zębami z zimna w tych swoich cienkich drelichach i ruszam do dzieła. Dwa zamki ustąpiły bez problemu, jednak do trzeciego potrzeba mi młotka. Otworzyłem okno, ale przez okno nie wyjdę, bo mamy tam zamontowane kraty. Wołam więc do Zosi, aby mi podała młotek poprzez owe kraty, a ona nagle w histeryczny krzyk:

   - Żmija!!!

   Co robić? Ukąsiła ją jakaś żmija, czy co? Ładnie się nam te święta zaczynają! Jak do Zosi dotrzeć? Znowu mam pokonywać tę uciążliwą drogę przez strych? Matko jedyna!.

    Na szczęście skończyło się na strachu. Żmija zwiała w krzaki, a rozdygotana małżonka podała mi wreszcie potrzebne narzędzie.

Pomajsterkowałem i w końcu drzwi ustąpiły.

    Święta okazały się bardzo udane. Pogoda dopisała. Święcenie potraw, udziały w nabożeństwach kościelnych, spacery po lesie mają w sielskim pejzażu niezapomniany urok, zaś dni roboczych starczyło na wymianę uszkodzonego zamka, przybicie deski w szczycie dachu, naprawę płotu i zgrabienie liści, aby żadna żmija nie miała w nich kryjówek.

    Do Łodzi ruszyliśmy późną porą w poświąteczny wtorek. Poprzedniego dnia - lany poniedziałek - potraktowaliśmy siebie bardzo delikatnie, ale w drodze powrotnej do domu przyroda sprawiła nam takiego śmigusa-dyngusa, jakiego jeszcze w życiu nie przeżyłem.

    Rozpętała się niesamowita ulewa. Urwanie chmury, czy coś takiego? Zdołaliśmy przejechać niecałe dziesięć kilometrów i widzę, że zapaliła się lampka kontrolna ciśnienia oleju. Oczywiście musiałem się zatrzymać. Miejsce postoju wypadło nieszczególne, bo pod cmentarzem. Siedzimy w aucie i nie wiem co robić. Pada tak bardzo, że nie sposób wyjść na zewnątrz.

    Kiedy deszcz nieco zelżał wyszedłem sprawdzić co się stało. Zaglądam pod maskę auta i widzę, że nie ma filtru oleju. Olej tymczasem wycieka i nie da rady jechać. Widocznie podczas ostatniej wizyty u mechanika, o której wspominałem, źle mi ten filtr przykręcili i gdzieś po drodze odpadł. No ładnie! Gdzie tu o tej porze kupić nowy filtr i olej? Do najbliższych sklepów, czy warsztatu parę kilometrów, a i tak pewnie już wszystko pozamykane. Nie mieliśmy jeszcze wtedy telefonu komórkowego, nie mam parasola, nie mam peleryny i stale pada. Postanawiam jednak, że zostawię Zosię w aucie pod tym cmentarzem, a sam ruszę szukać pomocy.

     Prawie biegnę do najbliższych zabudowań, ale muszę wrócić, bo zapomniałem pieniędzy. Zdążyłem więc przemoknąć do suchej nitki. Nawet majtki pod spodniami mam mokre.

    Nagle przejechała obok jakaś ciężarówka i chlapnęła na mnie obficie z błotnistej kałuży. Już nie tylko jestem mokry, ale i nieźle umorusany. Jestem tak załamany i zrezygnowany, że nie robi to na mnie większego wrażenia.

     Miasteczko wygląda, jak wymarłe. Żywej duszy! Zero taksówek. Po godzinie złapałem jednak jedną koło dworca, a początkowo przestraszony widokiem topielca taksówkarz, po ochłonięciu,  doradził mi, gdzie jest szansa na zakup potrzebnych rzeczy. Wsiadam do taksówki i mkniemy pod wskazany adres. Zamknięte. Widzę jednak, że w środku pali się światło. Walę w szybę i do drzwi. Otwiera zdziwiony sprzedawca. Mam szczęście. Został dłużej w sklepie, aby zrobić remanent. Jest olej! Jest filtr! Płacę i taksówką wracam pod cmentarz. Zosia ledwo żyje ze strachu i przejęcia. Naczekało się biedactwo. Przykręcam co trzeba i nalewam olej. Znowu możemy jechać. Jeszcze tylko w aucie rozbieram się do golasa, wycieram ręcznikiem i wkładam jakieś resztki suchego odzienia.

    Całość skończyła się więc szczęśliwie. Święta były udane. Zwłaszcza śmigus-dyngus, a i klucze się w domu odnalazły. Zawieruszyły się wciśnięte pomiędzy pamiętniki naszych wesołych przygód.

 

Łódź, 7 lutego 2008 r.                                                                                                                                  Bogumił Pijanowski       

Dodaj komentarz Pokaż komentarze     komentarzy: 0


Grzybobranie

Grzybobranie

 

   Zaprosiłem kolegę na grzybobranie.

   Nasza chatka letniskowa w Górach Świętokrzyskich jest świetnym miejscem wypadowym dla pasjonatów grzybobrań.

   My z żoną mamy do tego maniakalnego amoku ambiwalentny stosunek. Wprawdzie lubimy łazić po kniejach i wciąga nas zbieractwo, niemniej nigdy z tym nie przesadzamy. Idziemy sobie na spacer z koszykami zwykle po śniadaniu i dopiero wtedy, gdy inni już wracają. Biegamy po lesie nie za długo, a cała nasza eskapada mieści się w granicach trzech godzin, pomiędzy dziesiątą, a południem.

   Na marginesie muszę dodać, że mam większe szczęście od małżonki (może też i wzrok), bo na ogół mój koszyk jest potem obficiej wypełniony.

   Poprzez lata grasowań po okolicy, nazbieraliśmy tyle grzybów, że kolejne suszenie, marynowanie i pojadanie tych bezwartościowych organicznie plechowców nie stanowi dla nas przedmiotu pożądania, choć ich smak doceniamy.

   Muszę w tym miejscu podkreślić, że okoliczne lasy są szczególne i wiążą się z historią walk o niepodległość. W nich to stacjonowały przecież oddziały Langiewicza w okresie Powstania Styczniowego. Tu, w czasach okupacji hitlerowskiej, działy się nieraz niesamowite i straszne rzeczy. Niemiecki okupant napotykał  w tych stronach na zaciekły opór bojąc się wchodzić do  przepastnych lasów kielecczyzny, gdzie partyzantka bohatersko walczyła o niepodległość Polski. Tędy wędrował Hubal, tu działał Ponury. Okoliczne wsie przeżywały okrutne pacyfikacje. Strach

i duma, tragedie i zwycięstwa, bestialstwo niemieckich formacji i partyzancka sława zrosły się z tą ziemią na trwałe. W borach pełno dziś lei po bombach, a ludność często wspomina heroiczne historie tamtych lat.

   Kopiąc grządki i pielęgnując ogródek stale znajdujemy z żoną ślady historii. Z ziemi wydobywamy przypadkowo naboje, elementy uzbrojenia

i inne akcesoria wojenne. Podobno w naszej oborze, którą nabyliśmy razem z chałupą i tysiąc-dwustu metrową działką, ukrywał się ranny akowiec. Trzymano tam też byka. Niemcy w czasie poszukiwań kazali gospodarzom otworzyć wrota. Buchaj nastawił rogi, szykując się do ataku. Gdy ujrzeli rozjuszone, groźnie wyglądające zwierzę zrezygnowali z „korridy”

i dalszego przeszukiwania obejścia. Partyzant uszedł dzięki temu z życiem.

   Do dziś lasy budzą respekt. Są tak przepastne, że nawet miejscowym zdarza się w nich zagubić. Bywało, iż podpity człowiek, zbłądziwszy, zamarzał zimą w tych stronach na śmierć. Warto wspomnieć, że tutejsze bory są pełne zwierza. Są tu wilki, jelenie, sarny i dziki.

   W poszyciu lasu często kryją się jadowite żmije. Trzeba również uważać na niewypały.

   Opowiadałem to wszystko koledze w czasie jazdy na naszą „daczę” podczas pokonywania „maluchem” 120. kilometrowego odcinka z Łodzi. Nasz Fiat 126p był wówczas marką bardzo popularnego autka i nie wszyscy mogli być szczęśliwymi posiadaczami takiego pojazdu. Fiacik służył nam zresztą wiernie aż przez 16 lat i jeszcze kolejny nabywca miał z niego sporo pociechy.

   Teraz jechaliśmy z nowo zamontowanym silnikiem, bo poprzedni uległ uszkodzeniu i naprawa nie była opłacalna. Wiadomo inny silnik inaczej warczy, stąd zaprzyjaźnione psisko z gospodarstwa naszych wiejskich sąsiadów nawet nie podniosło łba, gdy docieraliśmy na miejsce. Zazwyczaj Misiek, poznając znajomy terkot silnika, pędził na przywitanie w radosnym galopie.

   Te szczegóły, które teraz wymieniam, mają swoje znaczenie w dalszej części opisywanych zdarzeń. Ale po kolei.

   Wreszcie Misiek zauważył nasze przybycie i uradowany towarzyszył nam do późnej nocy przy ognisku.

   Przed położeniem się spać, sporządziliśmy plan porannej eskapady.

   Kolega napalał się na wyprawę grzybową o świcie. Proponował czwartą rano. Żona twardo powiedziała, że nie będzie się tak wcześnie zrywać i ko-niec końcem, w drodze kompromisu, zgodziłem się, że wstanę z kolegą o szóstej, a niewiasta niech sobie pośpi. Co się nie robi dla przyjaciół i spo-koju ogniska domowego.

   Wstaliśmy obaj  rano po cichu, aby nie budzić żony i pojechaliśmy blisko dziesięć kilometrów w okoliczne knieje.

   Przemknęliśmy obok drzemiącego Miśka, który zdezorientowany nowym brzmieniem motoru podniósł leniwie pysk i nim się zorientował byliśmy już daleko. Zazwyczaj psisko ruszało z nami na grzyby, choć tym czworonogom wstęp do lasu jest wzbroniony. Nie sposób go było jednak nigdy zawrócić i biegaliśmy wspólnie ku kolejnym przygodom. Gdy wyprawa miała się odbywać autem, doskonale wiedział, co będzie. Wystarczyło uchylić drzwiczki samochodu, a Misiek już siedział na tylnym siedzeniu gotów do podróży. Zresztą kto tam na wsi dba o zakazy? Muszę też dodać, że w lesie Misio zachowywał się grzecznie, nie szczekał, nie płoszył zwierzyny i był naprawdę miłym towarzyszem buszowania po chaszczach.

   Pojechaliśmy w miejsce, gdzie zwykle znajdujemy dużo podgrzybków. Las o świcie wydawał się jakiś groźny. Ciemne chmurzyska przysłaniały niebo. Nawet cisza brzmiała złowieszczo. Tylko raz, czy dwa razy ryknął gdzieś w oddali jeleń.

   Pobiegaliśmy ze dwie godziny, przeczesaliśmy teren i nic. Zero grzybów. Nawet tych niejadalnych nie kryło okoliczne runo leśne. Postanowiliśmy więc pojechać w inne miejsce. Duktami leśnymi dotarliśmy do jakiegoś matecznika, gdzie jeszcze w życiu nie byłem. Zostawiliśmy „malucha”

i dalejże w knieje. Chodzenie utrudniały jakieś wykroty, powalone pnie  drzew, doły po bombach i miejsca po wybuchach pocisków artyleryjskich. Poszycie było tu mroczne i las wyglądał ponuro.

   Po kolejnych dwóch godzinach bezowocnych poszukiwań postanowiliśmy się poddać i z pustymi koszykami wrócić do chałupy zwłaszcza, że i głód zaczął nam się dawać we znaki.

   Tylko gdzie jest auto? Chyba tam. Nie! Tam były takie wysokie sosny. Za tym zakrętem? Może za tym wzniesieniem? Biegamy i nic. Opowieści o tych co tu zabłądzili same przychodzą na myśl. Zaczynamy biegać gorączkowo w różne strony i nic. Gdzie nasz fiacik?

   Spoceni, zmęczeni i głodni krążymy bez sensu wśród niemych drzew. Zbliża się pora obiadowa, a my w kropce. Żona pewnie zaczyna się o nas niepokoić. Telefonów komórkowych jeszcze wtedy nie było. Zrezygnowani przycupnęliśmy na jakimś pieńku.

   Nagle z krzaków wyłonił się Misiek. Poczciwa psina przybiegła za nami tyle kilometrów, ucząc się nowego warkotu autka.

   No, to jesteśmy uratowani!

   Misiek najpierw się z nami po swojemu przywitał radośnie, a potem zastygł w oczekiwaniu, gdzie pójdziemy. Po chwili chyba się zorientował, że teraz on będzie prowadził, bo ruszył truchtem w sobie znanym kierunku. My w trop za nim. Gdy on przystanął, to i my. Pobiegł kawałek, to i my za psiną. I tak przez pół godziny. Wreszcie wleciał w jakieś paprocie. My tam również i… jest!  Jest „maluszek”!

    Kochane psisko!

   Otworzyłem drzwiczki, a Misio - hop! i już jest w środku.

   Trochę jeszcze pokluczyliśmy autem po lesie i na koniec szczęśliwie dotarliśmy do chałupy.

   Żona przygotowała dla nas smaczny obiad, a Misiek dostał w nagrodę wyjątkowo ogromną michę, pełną smakowitej strawy.

    Obiad poprawił wszystkim nastroje, niemniej kolega był nieco markotny. Martwił się, że wstyd mu będzie wracać do domu z pustymi rękami.

    Zaczęliśmy rozważać możliwość zakupu grzybów, które mogłyby imitować własnoręczne zbriory.

    Zdesperowany pobiegłem po radę do gospodyni z sąsiedztwa, która codziennie chadza na grzyby i zna okoliczne lasy, jak nikt.

    - Nie przejmujta się! Pojadę z wami, to na pewno coś uzbierata –zapewniła.

    Tak więc pojechaliśmy z miejscową, grzybową przewodniczką i już po godzinie mieliśmy pełne kosze.

    Po cholerę było nam się wcześniej zrywać z pościeli o brzasku?  Po co tyle kilometrów w nogach i tyle godzin bezowocnych poszukiwań? Po co te błądzenia bez rezultatu? Po co te strachy? Proszę! Teraz godzinka i już. Kolega nie ukrywał radości.

     Resztę dnia spędziliśmy na obieraniu zebranych grzybów i opowieściach o dziejach partyzanckich tej ziemi o jej legendach, o Babie Jadze,  o czarownicach, które na miotłach zlatują się w sabat na Łysą Górę, o Światowidzie, zbójcach i przeróżnych paskudztwach, co to żyć nie dają i po nocach utrapienie przynoszą.

    Potem posłaliśmy koledze w izbie, a my oboje położyliśmy się spać w kuchni.

    Nagle, w nocy zbudził nas paniczny, głośny i przeraźliwy krzyk z izby, gdzie spał nasz przyjaciel.

    - Aaaaaa! Aaaaaaaaaa! Och! Ałłaaaaaj!

    Poderwaliśmy się na równe nogi i wpadliśmy do pokoju, zapalając światło. Patrzymy, a tu kolega siedzi na tapczanie z wybałuszonymi oczyma i bełkoce nieprzytomnie.

    - Co się stało?

    - Ojej! Matko! Kochani, miałem koszmarny sen, że straszni brodacze napadli mnie z maczugami w jakiejś leśnej jamie i chcieli mnie zatłuc pałami na śmierć!

    Cóż? Wrażenia z dzisiejszego grzybobrania wpłynęły widać na kolegę niezwykle dramatycznie?

    Na szczęście reszta nocy przebiegła już spokojnie.

    Nazajutrz wracaliśmy do miasta w wyśmienitych nastrojach. Kolega wiózł swój kosz pełen podgrzybków, a na dokładkę dostał drugi z naszych zbiorów i po drodze kupił sobie jeszcze wiaderko prawdziwków u przy-drożnej babci. Będzie miał się czym pochwalić rodzinie.

    Tylko smutny Misiek  biegł jakiś czas za naszym autkiem, aż do zakrętu szosy. Do Łodzi już by biedak nie dał rady dobiec mimo, że poznał nowe odgłosy naszego „malucha”. Teraz będzie tęsknie czekał na kolejny przyjazd mieszczuchów, których tak sobie – zresztą z wzajemnością – upodobał.

     Kolega zaś zapewne nigdy nie zapomni ziemi świętokrzyskiej z jej urokami, strachami i bogatą historią.

 

                                                                                                                                                                        Bogumił Pijanowski

Łódź, 14 czerwca 2007 r.

Dodaj komentarz Pokaż komentarze     komentarzy: 0


Santorini 2000, czyli wulkan energii na wulkanie

Santorini 2000, czyli wulkan energii na wulkanie

 

    Czerwiec. Kończy się rok szkolny. Wszyscy zapracowani myślą już o odpoczynku. Wabią nas przygody i podróże. Część wybierze pobliską głuszę. Może jakieś wczasy w kraju? Może zostać w domu i coś wyremontować? Zapewne kryzys powstrzyma wielu przed szalonymi wydatkami. Turystyka ucierpi. Ja też mam zawsze dylematy finansowe, bez względu na sytuację w kraju czy na świecie, ale w miarę posiadanych środków zawsze próbuję ruszać w nieznane. Fenomen ludzkich ciągot podróżniczych frapuje. Napisałem o tym nieco żartobliwy wiersz „Wędrowanie”, który  tu załacząm.

    Pomyślałem, że z  miłymi czytelnikami tej strony warto się podzielić jakimś kolejnym fragmentem wspomnień urlopowych. Niech wielka literatura i ambitne napięcia poetyckie odpoczną. Przerzucam więc swoje listy i zapiski z wojaży. Może to, a może tamto? Wybieram wreszcie na chybił-trafił: Santorini, lipiec 2000 r.

    Decyzja o odwiedzeniu tej maleńkiej wyspy na Morzu Egejskim zapadła nagle. Wystarczyły dwa dni. Skusiła niska cena. Żona trochę oponowała, ale udało mi się przeforsować sprawę. Przekonywanie było dość trudne, bo w Grecji panowały wtedy straszne upały i prasa donosiła o tym, że ogłoszono tam stan pogotowia medycznego oraz, że odnotowano szereg zgonów z powodu udarów słonecznych.

    Wielu twierdzi, że Santorini jest najpiękniejszą wyspą wśród Cykladów. Myślę, że mają rację. Jest to miejsce niesamowite. Ponad trzy i pół tysiąca lat temu nastąpił tu potężny wybuch wulkanu. Dawna wyspa zapadła się i znalazła kilkaset metrów pod powierzchnią morza grzebiąc dawną cywilizację minojską. Fale tsunami dochodziły do 200 metrów i dotarły do Krety czyniąc tam ogromne spustoszenie. Chmury popiołu wulkanicznego zakryły słońce na wiele dni. Są tacy, którzy owo wydarzenie łączą z biblijnym potopem. Platon uważał, że dawna wyspa Santorini, była legendarną Atlantydą. To co po niej pozostało, to obrzeża krateru tworzącego dzisiaj  fragmenty kaldery, której głębokość sięga 800 metrów. Największym z tych fragmentów jest przypominająca rogal wyspa Tera/Thira (Santorini) mająca zaledwie 27 kilometrów długości. Po jej przeciwnej stronie położone są wyspa Thirassia – druga co do wielkości i Aspronisi – najmniejsza. Środek stanowią dymiące po dzień dzisiejszy stożki wulkaniczne: Nea Kameni i Palea Kameni.

     Santorini jest piękna. Zdjęcia z jej biało-niebieskimi domkami i trzystumetrowymi zboczami stanowią w świecie wizytówkę Grecji. Najdroższe hotele są tu wydrążone w skale. Stumetrowe apartamenty wyżłobione w powulkanicznym pumeksie z łazienkami, telewizją satelitarną i klimatyzacją można wynająć (bagatela!) płacąc dwa tysiące dolarów za dobę. Jest jednak również dużo małych hoteli i pensjonatów, na które stać również biedniejszych turystów. Stolica Fira, odbudowana po ostatnim trzęsieniu ziemi w 1956 r., pełna jest zaułków  krętych schodów,  tonie w kwiatach i zachwyca swoimi, tajemniczymi uliczkami pełnymi knajpek, straganów i spragnionych atrakcji turystów. Zresztą, nie o urokach wyspy mam zamiar pisać. Kto nie był, niech zobaczy na własne oczy i pojedzie, albo niech poczyta o niej w przewodnikach i na niezliczonych stronach w Internecie. Ja pragnę podzielić się garstką przygód, które były moim i Zosi udziałem, ponieważ wspominamy je z dużą przyjemnością.

     Lądowanie na wyspie wymaga od pilota sporego kunsztu. Samolot musi wymanewrować obok potężnej ściany skalnej. Po wyjściu, buchnęło w nas niesamowitym żarem. Chyba około 50 stopni C. w cieniu?! Krajobraz wydał nam się przerażająco suchy. Boże! – pomyślałem – tu chyba jedynie jaszczurki mogą przeżyć. Istotnie jaszczurek na wyspie nie brakuje. Przekonaliśmy się o tym po wprowadzeniu się do hotelu - codziennie potem harcowały na naszym tarasie.

     Z zakwaterowaniem  mieliśmy niebywałe szczęście, bo trafił się nam apartament dopiero co oddany do użytku. Nowe mebelki, wszystko świeżo wymalowane i wyłożone kafelkami oraz wyposażone w nieużywany jeszcze przez nikogo sprzęt kuchenny. Wyjście mamy wprost na basen. Pierwsze co zrobiłem, to niezwłocznie skoczyłem do wody, a potem do małego barku na piwo. Usiadłem sam przy kontuarze i ze zdziwieniem spojrzałem na małego wróbelka, który przydreptał do mnie po blacie w ogóle się mnie nie bojąc. Zacząłem mu łapać muszki, których tu nie brakowało, a on pojadał mi z ręki. Miłe powitanie – pomyślałem. Barman, z którym zamieniłem parę słów też okazał się sympatyczny, a piwo boskie! No, da się wyżyć!

     Duchota i piekielnie upalny wiatr dawał nam się jednak mocno we znaki. Noce były męczące. Spaliśmy bez odzienia i nawet przykrywanie się mokrymi ręcznikami nie przynosiło ulgi. Po pewnym czasie wymyśliłem polewanie terakotowej posadzki w naszym pokoju wodą, choć wiedziałem, że jest ona na wyspie bardzo reglamentowana. Brodziliśmy potem prawie po kostki w wodzie. Na zewnątrz zaś wpadłem na pomysł, aby w czasie największego, południowego żaru wstawiać plastikowe foteliki do basenu pod zacieniony mostek i siedząc tam po szyję w wodzie przeczekiwać, aż upał nieco zelży.

     Kolejne atrakcje sprawia na tym terenie wiatr. Wieje tu często z niesamowitą siłą. Potrafi poprzewracać leżaki, krzesełka i połamać parasole. Na nadmorskiej, czarnej od wulkanicznego żwiru plaży sypnął na nas parę razy żużlem z taką siłą, jakby ktoś z rozmachem cisnął z pełnej szufli. Nawet zabolało. Innym razem, kiedy znów samotnie siedziałem przy wspomnianym już barze, w odległości kilometra zauważyłem duże pudło po telewizorze. Miotało nim raz w lewo, raz w prawo, niemniej zbliżało się w moją stronę. Grzmotnęło nim nieco z boku, ale znowu zmieniło kierunek. Celuje we mnie? Zbliżyło się na 300, 200, 100 metrów, jest opodal. Co za cholera?! Rąbnie mnie, jak nic! Jednak wreszcie skręciło i wpadło za jakiś płotek. Uf!  

     Na początku pobytu zrobiłem plan, co pragniemy zobaczyć. Ustaliłem dni indywidualnych penetracji wyspy oraz czas przeznaczony na tak zwane „leżenie bykiem”. Z imprez fakultatywnych wybraliśmy „Wieczór grecki” oraz „Rejs po kalderze” z wchodzeniem na czynny wulkan. Wybór okazał się trafny. Obie imprezy Bomba! Dawałem na nich z siebie sporo ognia. Być może sąsiedztwo wulkanu podziałało na moją energię?

      Najpierw na basenie. Nasz basen stał się miejscem pierwszych spotkań towarzyskich. Nawiązaliśmy sympatyczne kontakty ze Szwedami, z Duńczykami, Norwegami i Belgami. Ponieważ stale żartowałem, to po pewnym czasie zaczęła się tworzyć wokół nas spora grupka rodaków. Polubiliśmy się wzajemnie i do końca trzymaliśmy się razem. Było dla mnie miłym zaskoczeniem, że lgnęli do nas młodsi od nas o jakieś 20 – 25 lat urlopowicze. Trzy z tych małżeństw weszły z nami na stopę przyjacielską i ta wzajemna sympatia trwa po dzień dzisiejszy. Spopularyzowałem wśród nas swoje zawołanie:

NASZA GRUPA

WASZĄ GRUPĘ

MOŻE POCAŁOWAĆ W..

CZOŁO I BĘDZIE WESOŁO!

      Nie wszyscy jednak bywają na wycieczkach jednakowo sympatyczni. Pewnej pani wręcz nie znosiłem. Była, za przeproszeniem, strasznie namolna. Ponieważ wiodłem rej w naszym towarzystwie, więc mnie sobie upodobała w sposób szczególny. Nie zrażało ją to, że czyniłem owej pani liczne afronty. Zosia miała zamiar zareagować ostrzej, ale na szczęście tego nie uczyniła. W sumie takie osoby też ubarwiają przygody.

      Największe jednak ognie dałem na „Wieczorze greckim”, który zgromadził ponad setkę turystów. Przypomniały mi się moje doświadczenia wodzirejskie z czasów studenckich. Poprowadziłem korowód wokół podświetlonego basenu, organizowałem kółka, wężyki, mosteczek, przeplatanki itp. Porwałem do tańca wiekową greczynkę i zorganizowałem tańce dla dzieci. Wino, rozbawiona Zosia i wesołe towarzystwo robiły swoje. Mieliśmy okazję kosztowania specyficznych potraw greckich, paliłem nargillę… Oczywiście uczyliśmy się zorby i oglądaliśmy popisy greczynki, która tańczyła obrzucana kwieciem, wykonywała pląsy w kręgach ognia oraz na stoliku. Na szczęście mebelek się pod nią nie załamał mimo, że była to niewiasta słusznej postury. Wino podawano bez ograniczeń.

      W kolejnych dniach spotykaliśmy turystów z innych hoteli cieszących się na nasz widok. Jakaś blondyna twierdziła, że ze mną tańczyła, ale ja tego nie pamiętałem. Również jakieś dzieci podbiegały do mnie na plaży i potem na lotnisku wspominając zabawę. Widać nieźle namieszałem. Ostatecznie, znaleźliśmy się w krainie Greka Zorby!

      W hotelu sprzątało młode małżeństwo z Ukrainy. Nawiązaliśmy z nimi nić sympatii. Cieszyli się, że mogą z kimś porozmawiać po rosyjsku. Oboje byli nauczycielami. Przyjechali tu za chlebem dwa miesiące temu. W domu zostawili dwoje małych dzieci. Widocznie wdzięczni byli za naszą życzliwość, bo tylko my mieliśmy codziennie bardzo dokładnie wysprzątane. U innych sprzątano byle jak i zaledwie raz lub dwa razy podczas turnusu.

       Atrakcyjny był wypad z nowo-zaprzyjaźnioną paczką do stolicy wyspy Firy. Przed wyjazdem z Polski straszono nas w naszej lokalnej gazecie „Dzienniku Łódzkim” niebezpieczeństwem związanym z jazdą na ośle lub mule 300 m w dół klifu z Firy do portu. Stromo, rumak może się poślizgnąć o zalegające wszędzie odchody i można podrapać kolana o murek w czasie jazdy. Wszyscy z naszej paczki zrezygnowali z takiej eskapady. Tylko ja postanowiłem spróbować. Dostałem jakiegoś wyjątkowo wysokiego muła. Ponieważ więcej chętnych nie było, a poganiaczowi nie chciało się iść więc puścił mnie samego widząc, że trzymam się dość dzielnie. Szkapa znająca drogę ruszyła posłusznie w dół. Z tyłu dreptała dowiązana mulica. Z jednej strony przepaść, a z drugiej chropowata ściana z przylegającym do niej murkiem. Nie ma żadnej barierki zabezpieczającej więc można się znaleźć na dole bardzo szybko, tyle że potem poszybować chyba już tylko do nieba. Po paru zakrętach, na wysokości mojego kolana, zauważyłem na murku butelkę po winie, z której wysuwała się powoli głowa jakiegoś węża. Ukąsi, czy nie ukąsi? Na szczęście muł się nie spłoszył. Ja trochę. Mój czworonożny pojazd dotarł wreszcie na dół, zawrócił i przywiózł mnie całego na górę. Tymczasem nasza gromadka delektowała się winkiem na tarasie jednej z restauracji.

      Potem w lokalach Firy raczyłem się też pięknymi widokami, bo większość z tamtejszych knajpek jest tak usytuowana, że można podziwiać z nich koloryty skał, biele i niebieskości domów oraz odległe stożki wulkaniczne na kalderze. W jednym z takich lokalików zjedliśmy smaczną sałatkę i danie z kalmarów. Naśmialiśmy się przy winie co niemiara. Naopowiadałem masę kawałów. Nie chwaląc się, znam ich mnóstwo. Potem powłóczyliśmy się po uliczkach miasta. W jednej z nich usłyszałem język polski. Trafiliśmy na Polaka pracującego w Firze sezonowo. Od słowa do słowa i dowiedzieliśmy się, gdzie znajduje się kościół katolicki. Jest tu tylko jeden. Reszta to przede wszystkim cerkwie. Jutro, w niedzielę będzie wyjątkowo msza w języku polskim, bo przybył gościnnie ksiądz Polak. Msza będzie o 19.

     Na drugi dzień ponownie wybraliśmy się autobusem do Firy, aby uczestniczyć we mszy. Tym razem sami. Reszta nie była zainteresowana. Dla nas było to spore przeżycie. Proboszcz (Grek) chodził w kościele z rękoma w kieszeniach. Był bardzo uprzejmy. Zgromadziło się około 30 – 40 osób. Połowę stanowili Polacy. Reszta z całego świata. Parę osób o ciemnej skórze. Sporo skośnookich (chyba Japończycy?). Polski ksiądz, odprawiał mszę w dwóch językach: w angielskim i po polsku. Obecnie jest on na misji w Tesalonikach. Poprzednio był przez 13 lat w Afryce. W Polsce nie miał jeszcze okazji odprawić ani jednej mszy. Przed celebrą mieliśmy małą próbę polskich pieśni kościelnych. Turyści z innych nacji też próbowali, jednak tylko Alleluja wychodziło wszystkim podobnie.

     Misjonarz prosił o to, aby pomyśleć o intencjach i zachęcał, aby ktoś je głośno powiedział. Dwie osoby miały takie intencje przygotowane na kartkach. Jedną po angielsku, a drugą po polsku. Zdecydowałem się i podczas mszy poprosiłem o modlitwę w intencji podróżujących. Głos mi drżał. Pierwszy raz wystąpiłem w takiej roli.

     Po nabożeństwie ksiądz opowiadał ciekawe rzeczy ze swych misyjnych doświadczeń. Było to bardzo zajmujące.

     Z Firy wróciliśmy dość późno. Poszliśmy jeszcze nad morze i na zakupy. Do hotelu dotarliśmy po północy. A tu niespodzianka. Pod drzwiami jest wetknięta kartka, że jutro do godziny 10-tej mamy być przeprowadzeni do innego apartamentu. Ani słowa wyjaśnień, czy przeprosin. Jasny gwint! Dochodzimy do wniosku, że kartka do nas nie dotarła. Przy panujących na wyspie wiatrach mogło ją gdzieś wywiać. Udamy Greka!. Tymczasem przyjaciele z pobliskiego lokum wołają nas na naradę. Oni też dostali taką kartkę. Bierzemy wino i „walimy” do nich. Zebrała się cała nasza wesoła grupa. Zastanawiamy się co robić. Wiemy, że umowy w ramach Last Minute uprzedzają o możliwości zmiany pokoju podczas trwania turnusu. Trzeba to uznać, ale ta niegrzeczna i nagła forma jest nie do przyjęcia!  Dowcipkuję, że będą nas z Zosią ciągnąć za nogi po tym wulkanicznym żwirze, bo dobrowolnie nie pójdziemy. Przejęty Romek dzwoni z komórki do pilotki z pretensjami i ostatecznie umawia się z nią na 10-tą rano na pertraktacje.

      Nazajutrz „olewamy” sprawę. Idziemy sobie na plażę i wracamy dość późno. Tymczasem Donata i Romek tracą długie godziny na męczące rozmowy. Wreszcie zostali w swoim pokoju bez przeprowadzki. My również, tyle że nikt z nami już na ten temat nie rozmawiał do końca turnusu. W sumie wybraliśmy dobrą metodę. Szkoda, że przyjaciele stracili tyle cennego na wczasach czasu na takie utarczki.

      Wieczorem ruszyliśmy statkiem po kalderze. Popłynęliśmy ku stożkom wulkanicznym. Po przycumowaniu wspinaliśmy się przez pół godziny do dymiącego krateru. Wokół skały przypominały hałdy węgla. W dali widać Santorini i dwie mniejsze wyspy kaldery. Dotarcie do tego miejsca w tym upale sprawia nieco trudności, niemniej satysfakcja jest duża. Oto wulkan energii znalazł się na wulkanie! Potem podpłynęliśmy statkiem w miejsce, gdzie do morza wpływa gorące, brunatne błoto wulkaniczne. Turyści mieli okazję skoczyć z balustrady statku i wpław dostać się do tej gorącej mazi, aby wrócić po umorusaniu się wydzielinami z wnętrza ziemi. Byłem i ja wśród nich. Po drodze wyłowiłem Zosi z wody jakiś naszyjnik z koralikami na gumce. Oznajmiłem, że kupiłem go dla niej pod wodą od Neptuna.

      Kolejnym punktem programu był poczęstunek kapitański i oglądanie ze statku zachodu słońca podczas cichego płynięcia tylko na rozpiętym foku. Zachodzące słońce stwarzało przepiękny widok. Wino było dostarczane bez ograniczeń. Niektórym jednak, jakieś ograniczenia by się przydały. Szczególnie jednemu młodzieńcowi, który przystawił się do naszej grupki, zwabiony tym, że tryskaliśmy humorem i sypaliśmy kawałami, jak z rękawa.

Uznał we mnie szefa i zwracał się do mnie: Panie Kapitanie.  Chłopaka wreszcie strasznie „podcięło” mimo, iż przechwalał się wcześniej, ileż to on nie wypił alkoholu na rejsach „Daru Pomorza”, na którym ponoć marynarzował. Zrozpaczona żona z wielkim trudem transportowała go potem do hotelu.

     Kac na drugi dzień nie był jednak tak duży, abym nie zakosztował jazdy skuterem. Wypożyczyłem taką maszynę. Grek widząc mój zygzakowaty start pytał, czy jeździłem w życiu przynajmniej na rowerze i przestrzegał, że skuter jest bardzo drogi. Istotnie, wsiadłem na coś takiego po raz pierwszy. Nie powiem – nie bez lęku. Dziw, że Zosia odważyła się ze mną przejechać. Jazda jest tu bowiem dodatkowo pełna emocji z uwagi na wąskie drogi, urwiste zbocza, zakręty i wzniesienia. Autobusy ocierają się prawie o jadących na dwuśladach i trąbią nagle, strasząc nieprzyzwyczajonych, zaś drogę tarasują osły i pełno jest łamiących przepisy. Kiedy wreszcie na kategoryczne żądanie małżonki zatrzymałem się wreszcie pod Firą, to Zosia się popłakała ze zdenerwowania. Powiedziała, że nogi jej się trzęsą, jak po porodzie i że dalej nie jedzie. Gdy nieco ochłonęła pojechała jednak dalej i już tak strasznie mnie nie ściskała w pasie więc mogłem znacznie swobodniej oddychać. Dzięki skuterowi zwiedziliśmy wyspę, w tym słynne wykopaliska z okresu minojskiego w Akrotiri.

       Maszynę miałem wypożyczoną na cały dzień. Gdy Zosia miała już dość, wybrałem się samotnie pojeździć po górach. Wtedy dopiero trochę poszalałem. Skalistymi ścieżkami jedzie się pod górę znośnie, zjazd jest jednak niezwykle trudny dla nowicjusza., bo trzeba uważać, aby skutera nadmiernie nie rozpędzić i aby hamulce wytrzymały. Potem pojechaliśmy po zakupy pamiątek. Zawsze to bardzo trudne i stresujące zadanie. Oczywiście kupiliśmy płytę z miejscową muzyką, aby dźwięki buzuki przypominały nam w domu pobyt na wyspie.

       Ostatniego dnia przed wyjazdem nasza paczka zorganizowała sobie wieczór pożegnalny. Dowcipów było mniej i tematy zaczęły oscylować bliżej zagadnień psychologiczno-socjologiczno-filozoficznych. Popijaliśmy wino, jedliśmy owoce, serki, arbuzy, miejscowe wędliny i wykańczaliśmy to paskudne greckie OUZO. Z żalem myśleliśmy o pożegnaniu.

        Wracaliśmy do domów pełni wrażeń. Wspomniałem tu zaledwie ich część. Opuszczaliśmy Santorini spaleni słońcem, kiedy na wyspę przylatywał samolot z kolejną grupą bladziochów do podsmażenia. W ubikacji zażartowałem, że nawet mocz mi się opalił. Istotnie miał bardzo ciemną barwę.

      Po wylądowaniu na Okęciu przyczepiła się do nas znowu ta „nachalna” wczasowiczka licząc, że zabierze się razem z nami do Łodzi, ale udało się nam skutecznie zniknąć w tłumie powracających.

       Teraz marzymy o kolejnych podróżach, byle tylko towarzystwo dopisało, ono jest bowiem najważniejsze podczas każdej eskapady.

 

Łódź, czerwiec 2009 r.

                                                                                                 Bogumił Pijanowski

 

Wędrowanie

 

Przeszedłem sporo wszerz i wzdłuż,

zwiedziłem to i owo,

pozostał po tym wspomnień kurz

wśród słów na  kolorowo.

Komputer  teraz pełen zdjęć,

albumów stos pękaty

i zapisanych wspomnień część,

niedawnych bądź sprzed laty.

 

       *        *       *

Na mej planecie wieczny ruch,

nawet rośliny podróżują,

wędrowny tu panuje duch.

Ludzie wciąż czegoś poszukują:

 

Gdzie cieplej

lub gdzie chłodniej,

gdzie ciszej

czy gdzie modniej.

Za pracą

czy dla chleba.

Czy trzeba,

czy nie trzeba.

Coś kupić.

Sprzedać spodnie.

Tam gdzie siermiężnie

bądź wygodnie.

Dla wiedzy,

wypoczynku,

dla ciekawości

lub wyszynku.

W gościnę

i z popędu.

Bez przyczyn

bądź z rozpędu.

Aby odkrywać

białe plamy

lub tam , gdzie                                                                          

w kółko powracamy.

Szukając żony

czy też męża.

Z bronią u boku.

Bez oręża.

Podleczyć zdrowie.

Przejść pustkowie.

W pielgrzymce.

Poznać inne nacje.

Służbowo i w wakacje.

Do szwagra

czy do zięcia?

Do dżungli

robić zdjęcia.

By podbić kosmos!

Zdobyć szczyty!

W głębinach odkryć

skarb ukryty!

Rowerem, autem,

samolotem…

Raz we w tę

i z powrotem.

Powietrzem,

wodą, lądem,

pod prąd,

a potem z prądem.

Dla sławy,

dla popisu,

z nudy

czy dla kaprysu.

Myślą jedynie w wyobraźni.

Do kina

i do łaźni.

Spotykać nowych ludzi.

Spocić się

i ubrudzić.

Z rodziną

lub samemu,

pytając często:

c z e m u ?

 

       *       *       *

Kusi wciąż nie poznany świat,

chociaż bezpieczniej w domu.

Nie nuży żmudnej drogi szmat

za linią nieboskłonu.

Więc, jak wędrowne ruszam ptaki

wiedziony sentymentem

lub bliskie tropię szlaki,

dostępne za zakrętem.

 

 

Wąsosz, sierpień 2006 r.

                  Bogumił Pijanowski

Dodaj komentarz Pokaż komentarze     komentarzy: 1






użytkownik
hasło
 
Zaloguj              
KontaktZbiory prywatne