Bogumił Pijanowski
Wiersze i prozaO stronieTeksty własne,wiersze i prozaTeksty grupy literackiej AKANT i inne nadesłaneFotografieBlog hyde park


















Grajcarek

Bogumił Pijanowski

 

Grajcarek

 

   Siedzieliśmy sobie przy piwku prowadząc leniwą pogawędkę. Raptem Michał się rozgadał.

   - Wiesz, przyszedł mi na myśl taki jeden facet. Przezywano go Grajcarek. Skąd u mnie teraz to nagłe wspomnienie z dzieciństwa?  Widać podświadomość – zastanowił się Michał -   przywołuje czasem jakieś strzępy doznań, nieostre obrazy osób i zdarzeń, chwile, których nie zdołał zatrzeć czas.

   - Ale ci się kwieciście powiedziało!

   - Tak?... Ten Grajcarek był niesamowicie barwną postacią... Zresztą takich dziwaków i oryginalnych ludzi przewijało się przez nasze jednoizbowe mieszkanie niesamowicie dużo. Był to bowiem dom bardzo otwarty. To pewnie stąd – zastanawiał się Michał – że ojciec lubił wszystkich ludzi i zapraszał do domu każdego. Ja zaś bawiąc się na podłodze pomiędzy nogami dorosłych słuchałem i oglądałem – przywoływał wspomnienia Michał – barwne i liczne korowody sąsiadów, bliższych i dalszych znajomych rodziców oraz  wielu kolegów i sporo koleżanek mojego starszego rodzeństwa. Bywał w domu naukowiec, bywał skrzypek z filharmonii, przychodził żyd, który potem wyjechał do Izraela, wpadał jarmarczny sprzedawca zabawek, regularnie zaglądał do nas mandolinista z orkiestry radiowej, co miesiąc mieliśmy wizytę gospodarza z podmiejskiej wioski, często gościliśmy zamiłowanego wędkarza, znoszącego nam darmo świeże ryby, bywał handlarz kamieni szlachetnych, odwiedzał rodziców karciarz, o którym krążyły pogłoski, że jest karcianym królem Polski, w konkury do siostry uderzał jakiś Francuz, który z trudem mówił po polsku, regularnie przychodziła pewna bardzo religijna niewiasta twierdząca, że chce być i że będzie świętą, jakiś jąkała, wesolutka trzpiotka i wiele, wiele innych osób. Ten Grajcarek należał do jednego z kolegów mojego starszego o ponad dziesięć lat brata – kontynuował Michał..

   - To był jakiś straszny aparat! Wiesz – ciągnął Michał – krążyły o nim bardzo różne opowieści. Podobno w technikum elektrycznym, do którego uczęszczał z moim bratem podłączył drutami dzwonek do ławki i dzwonił wcześniej na przerwy ku zdumieniu woźnego i nauczycieli. Brat wspominał, że na jakiejś wycieczce klasowej sterroryzował wszystkich niewypałem. Nauczyciel z uczniami padli w strachu na ziemię, a on sobie rozbrajał bombę. Mówię ci - jajcarz jak cholera!

   - Jak wyglądał?

   - Niczym się nie wyróżniał. Niewysoki, w okularach, milczkowaty, usta stanowiły małą kreskę na raczej bladawym obliczu. Nie palił, nie pił i nie interesował się dziewczynami. Nie był na pewno również gejem. Jego pasję stanowiła technika i majsterkowanie. Cała ulica bywała pełna mleczno-burych spalin po jego przejeździe motocyklem marki Puch. Kupił go jako złom. Takich maszyn używała podczas wojny armia amerykańska. Grajcarek wyremontował motocykl i dokonywał w nim stale różnych przeróbek własnego pomysłu. Miast benzyny lał do baku dla oszczędności jakieś mieszaniny i przez to z rury wydechowej wydobywały się niesamowicie potężne ilości białych dymów. Nie wszystko mu wychodziło z tym Puchem. Miał jakieś problemy ze sprzęgłem i z zatrzymywaniem się, więc po kocich łbach naszej ulicy hamował często obcasami swych butów specjalnie, podbitymi w tym celu grubymi podkowami. Iskry spod budów wzmagały efekt.

   - Wariat?

   - Pewnie! Siostra opowiadała, że wziął ją na przejażdżkę. Podobno robił takie wiraże, że mało nie zemdlała. Twierdził, że przy tych wirażach przypala sobie łydkę od rozgrzanej do czerwoności rury wydechowej i rzeczywiście miał ranę. Potem, kiedy jechali dalej, zaczął pajacować podjeżdżając blisko taksówkarza i prowokując go okrzykami żeby się ścigali. Zrobił niebezpieczny manewr, przez co zarysował taksówkarzowi bok karoserii. Taksówkarz zajechał mu więc drogę i pobiegł dzwonić na milicję. Zrobiło się zbiegowisko. Grajcarek przepchnął się przez tłum gapiów i pytany co się stało powiedział: „- Nie wiem. Jakiś wariat zrobił wypadek.”. Potem wskoczył na swego Pucha i zwiał. Siostra wróciła do domu pieszo bardzo roztrzęsiona.

   - Ha, ha, ha!

   - Jeszcze lepszą przygodę miał mój ojciec! Szedł z pracy i miał do domu nie więcej niż kilkaset metrów. Podjechał z boku Grajcarek i zaoferował: „- Może pana podrzucić?”. Ojciec, zawsze uprzejmy, wsiadł na tylne siodełko i potem często opowiadał: „- Ten cholernik tak mnie podrzucił, że poszybowałem prawie pod pierwsze piętro! Gdy się pozbierałem chciał mnie jeszcze dalej podrzucić, ale już się nie dałem namówić. Niech go diabli!”

   - Ha, ha, ha!

   - Zapamiętałem scenę, jak gonił go sąsiad z parteru i chciał pobić za to, że mu przed oknem rozwalił płotek. Chyba wtedy te podkowy na butach nie zdały egzaminu? Mój kolega mieszkający w tym samym domu co Grajcarek, opowiadał mi, że Grajcarek przechwalał się, że ma największe przyśpieszenie i najkrótsze hamowanie na świecie. Ku przerażeniu lokatorów wpadał na swym Puchu w pełnym pędzie przez bramę kamienicy i zatrzymywał gwałtownie motocykl na centymetr przed murem zamykającym podwórze.

   - Ile wtedy miał lat?

   - Chyba siedemnaście, może osiemnaście? Potem przyszła pora na eksperymenty radiotechniczne i telewizyjne. Zdolny był w tej dziedzinie bardzo. Pamiętam, że zrobili z bratem własny magnetofon, którego nośnikiem nie była taśma, lecz zwijający się na szpuli drut. Budowali i reperowali radioodbiorniki. Skonstruowali również telewizorek wtedy, kiedy jeszcze ich nie było w sprzedaży i próbowali łapać migające obrazy eksperymentującej wówczas stacji telewizyjnej, nie nadającej jeszcze oficjalnych programów. Ale największym hitem była radiostacja!

   - Radiostacja?

   - Tak. Miała bardzo duży zasięg. Odwiedzający nas znajomy rodziców, który mieszkał 150 kilometrów od naszego miasta odbierał tę radiostację na swoim radyjku marki Pionier.

   - W tamtych czasach radiostacja? Zaledwie parę lat po wojnie. A UB? Przecież to groziło więzieniem, a nawet czapą!

   - Pewnie, że groziło! Wprawdzie nie zajmowali się polityką, ale taka rzecz była bardzo niebezpieczna. Zresztą i prymitywne żarty polityczne też sobie robili. Pamiętam jeden. Z radia popłynęło: „Za chwilę przemówi towarzysz Stalin” po czym słychać było odgłosy imitujące głośne wypuszczania gazów niewymowną częścią ciała.

   - Jak to się skończyło?

   - Jakoś im się udało. Nie wykryto tej radiostacji.

   - Próbowali ich namierzyć?

   - Oczywiście, ale stale zmieniali częstotliwości fal, godziny i miejsce nadawania oraz nadawali tylko raz lub dwa razy w tygodniu. Radiostacja była najczęściej u Grajcarka, choć bywała też i w naszym mieszkaniu. Pamiętam, że wysyłali mnie z drugiego piętra naszej kamienicy do sąsiadów na parterze, abym tam sprawdzał w radiu, czy słychać. Raz, Grajcarek mieszkający dwie ulice dalej, przybiegł wyszukać swojej stacji  w naszym radioodbiorniku. Wcześniej włączył u siebie radiostację i postawił przy mikrofonie cykający budzik. Teraz u nas dostroił radio i usłyszeliśmy tykanie zegarka, a po chwili szczekanie jego pieska Psotki, następnie odgłos otwieranych drzwi i pomstowanie matki Grajcarka: „ – Wszędzie pełno drutów, bałagan, nie do wytrzymania! Ja to wszystko raz na zawsze powyrzucam!” itd. Grajcarek cały blady poderwał się nagle i pobiegł ratować sprzęt.

   - Minęło trochę czasu – kontynuował Michał - i zaczęły się jednak sprawdzania, rewizje i kontrole milicyjne. Przesłuchiwano Grajcarka, ale do niczego się nie przyznał i nic u niego nie znaleźli, bo radiostacja była wtedy u któregoś z kolegów. Nie wydał też nikogo. Brat w tym czasie na wszelki wypadek „prysnął” na wieś do rodziny i przesiedział tam parę miesięcy do czasu, aż cała sprawa przycichła.

   - Ale głupota! Widać nie mieli świadomości, ile ryzykują?

   - Grajcarek – ciągnął Michał – miał też złą sławę złodziejaszka. Szczególnie był łasy na różne części radiowe: kondensatorki, cewki, lampy itd. Choć i mój brat posiadał trudny charakter, to jednak kradzież nie wchodziła w rachubę. Tak zostaliśmy wychowani, że o złodziejstwie nie mogło być mowy. Denerwował się więc zawsze bardzo, kiedy pod jego nieobecność przychodził do domu Grajcarek. Miał rację, bo stale mu czegoś po takich wizytach brakowało, mimo, że starał się zawsze pozamykać dokładnie na klucze dębowe, ogromne, solidne biurko. Ach, jaki to był wspaniały mebel! – na twarzy Michała dostrzegłem coś w rodzaju rozrzewnienia - dziś już takich nie ma... Stanowił miejsce do pracy, nauki i był jednocześnie warsztatem pracy z masą szuflad, przegródek i schowków. Całą górę biurka zakrywało się suwaną po wyżłobieniach pokrywą, która uformowana była z listew tak, że tworzyła zaokrągloną osłonę blatu. Na biurku można było zostawić bałagan, a po zasłonięciu nie było widać tego nieporządku. Jeszcze dziś elementy owego biurka służą mi jako fragmenty konstrukcji w komórce i na działce.

   - Dobrze, ale co z tym Grajcarkiem dalej?

   - Nie ożenił się nigdy. Droga zawodowa była u niego burzliwa, a koniec życia żałosny. Najpierw podjął pracę w dziale technicznym miejscowej stacji telewizyjnej. Uchodził tam za niezastąpionego fachowca. Zresztą pomagał tej opinii w swoisty sposób. Kiedy za coś tam próbowano go z pracy wyrzucić, to nagle powstawała awaria, z którą nikt nie potrafił sobie poradzić. Proszono go wtedy „na kolanach”, aby wrócił do pracy i usunął usterkę. Grajcarek wracał, naprawiał wszystko w pięć minut i chodził znowu w glorii wspaniałego fachowca. Wielu podejrzewało, że naprawa była tak szybka, bo sam awarię powodował, więc wiedział doskonale gdzie i co zrobić.

   - No, nie!

   - Miarka się jednak przebrała i wreszcie Grajcarka na dobre z tej telewizji wywalono. Podjął wtedy pracę jako inkasent w elektrowni. Bywał wówczas u nas w czapce służbowej i odpowiednim uniformie. Po jego wizycie w całej kamienicy znikały wszystkie drogie bezpieczniki automatyczne przy licznikach prądu powymieniane na zwykłe, tanie „korki” elektryczne. Nic dziwnego, że i z tej pracy wyleciał, choć niczego mu nie udowodniono.

   - A potem?

   - Potem mieliśmy z nim mały kontakt. Ja rozpocząłem studia. Brat się ożenił i zamieszkał osobno. Ale los chciał, że znowu się z nim zetknąłem. Było tak, że powierzono mi zorganizowanie obozu harcerskiego. Miałem pojechać nad Jezioro Wdzydze na tzw. zwiad kwatermistrzowski, gdzie zamierzałem rozbić namioty swojej drużyny. Kończyłem właśnie 18 lat i byłem bardzo dumny z powierzenia mi przez Hufiec tak odpowiedzialnej funkcji. Problem polegał na dotarciu na miejsce. Grajcarek, wówczas trzydziestoletni mężczyzna, miał swój własny pojazd: Syrenę 105 – dumę polskiej motoryzacji. Spotkałem go przypadkowo na ulicy i spytałem, czy nie pojechałby ze mną na ten wypad za cenę paliwa. Zdziwiłem się, że się tak szybko zgodził. Postawił jednak warunek, że wrócimy przez Poznań, ba tam są teraz  Międzynarodowe Targi, które go bardzo interesują. Gdzie Rzym, a gdzie Krym? Umowa jednak została zawarta i za parę dni wyruszyliśmy w podróż. Pojechaliśmy we dwóch - ja, przyszły komendant obozu harcerskiego, do którego Grajcarek mówił na ty i  Grajcarek, do którego zwracałem się panie Witku. Co to była za podróż! Boże! Na wstępie Grajcarek oznajmił, że będzie testował w swej Syrence zużycie paliwa przy jednostajnej prędkości 80 km/h. Co to oznacza, zrozumiałem dopiero w czasie jazdy. Osiemdziesiąt, to osiemdziesiąt. Ruszył z kopyta i osiemdziesiątka nie schodziła z licznika. Sytuacja na drodze nie miała znaczenia. Przejeżdżaliśmy pod prawie zamykającymi się szlabanami kolejowymi, jechaliśmy pod prąd, przejeżdżaliśmy na czerwonym świetle, wyprzedzaliśmy, gdzie nie wolno było wyprzedzać, zawadziliśmy gdzieś o ogrodzenie z siatki drucianej, rozbijając znajdujące się za nią skrzynki i bez zatrzymywania kontynuowaliśmy to testowanie. Nie wiem, jakby się to skończyło, ale Syrenkę unieruchomiły piaski okalające Jezioro Wdzydze i dalej już nie tylko osiemdziesiątką, ale i w ogóle nie można było jechać. Ugrzęźliśmy całkowicie. Poszedłem szukać pomocy i dopiero przy pomocy wynajętych koni wyciągnięto nas z wydmy. Na szczęście Grajcarek zrezygnował z dalszego sprawdzania zużycia paliwa i dość sprawnie załatwiłem wszystkie formalności, w leśnictwie, w sklepach, u władzy lokalnej itd. Przenocowaliśmy gdzieś po drodze, a na drugi dzień dojechaliśmy bez przeszkód do Poznania.

   - W Poznaniu też były przygody?

   - Jasne. Podjechaliśmy pod bramę wjazdową, a tam wokół wszystkie miejsca pozajmowane pięknymi autami z całej Europy i oczywiście nikogo na teren Targów Poznańskich nie wpuszczają - poza oficjalnymi delegacjami. Nie mieliśmy żadnych biletów. Przypominam ci, że Grajcarka już dawno wywalili z telewizji i że Syrenka przy tych innych samochodach wyglądała raczej marnie. Tymczasem milczkowaty Grajcarek, nie uprzedzając mnie o niczym wjechał zamaszyście w bramę targową blokowaną przez kilku strażników, którzy doskoczyli do auta, żądając pozwolenia na wjazd. Wtedy Grajcarek otworzył energicznie szybę wymachując swoją starą legitymacją służbową z telewizji i wrzasnął: „- Sp..ać! Idzie program telewizyjny na całą Polskę, a ja tu wiozę potrzebne części do naprawy! Z drogi!”. Przycisnął pedał i ostro ruszył. Strażnicy odskoczyli na bok próbując łapać z boku za klamki, ale Grajcarek gazem, bez zatrzymania, wjechał do środka i zaparkował dopiero wtedy, kiedy był już daleko od bramy i poza zasięgiem wzroku służb porządkowych. Siedziałem, jak trusia i ze zdumieniem przecierałem oczy. Czułem się jednak za młody, aby protestować i strofować starszego. Szlachetność harcerza cierpiała, obserwując bezczelne zachowanie pana Witka. Zwiedzanie też wprowadzało mnie w przerażenie. Grajcarek buszował wśród stoisk z częściami radiowo-telewizyjnymi okropnie niezadowolony z tego, że w tym roku wszystko jest w zamkniętych gablotach, do których nie ma dostępu.

   - To było ostatnie spotkanie z Grajcarkiem?

   - Nie. Po kilku latach, w naszym mieście stała się głośną sprawa grupy gwałcicieli, która wywoziła kobiety Syrenką do lasu i terroryzowała je zapalniczką w kształcie pistoletu. Od znajomych brata dowiedziałem się, że uczestniczył w tym Grajcarek. Zdumienie moje było ogromne, ponieważ do tej pory nie interesował się zbytnio kobietami. Jak z tym gwałceniem było naprawdę nie wiem? Może tylko wynajmował auto? Faktem jest jednak, że wylądował w więzieniu i po dwóch latach spędzonych za kratkami zjawił się w naszym mieszkaniu zupełnie niemy. Stres? Symulacja? Trudno powiedzieć. Po prostu zaniemówił. Od brata dowiedziałem się, że ten stan trwał jeszcze z rok i mowa mu wróciła.

   - Popatrz, gdyby ktoś chciał coś takiego wymyślić, to nie wymyśli. Tylko w życiu mogą się zdarzać podobne historie.

   - Już wiem skąd to wspomnienie o Grajcarku! – przypomniał sobie Michał - patrzę na te stare anteny telewizyjne na bloku przed nami. Grajcarek też skonstruował antenę do swojego telewizora i umieścił na niej czerwone lampki. Przechodząca przypadkowo ulicą moja siostra, była świadkiem, jak Grajcarek informował jakiegoś gapia, że na tej antenie pewien wariat zrobił światełka po to, aby mu tam nie siadały wrony i na nią nie sr..ły.

    - Zdaje się, że ten Grajcarek zmarł na serce? Nie dożył chyba pięćdziesiątki? Jak widzisz, to w swym stosunkowo krótkim życiu potrafił nieźle namieszać – zakończył przyjaciel.

 

                                                                                                                                                                                Bogumił Pijanowski   

Dodaj komentarz Pokaż komentarze     komentarzy: 1






użytkownik
hasło
 
Zaloguj              
KontaktZbiory prywatne